Wojna to nie tylko zacięte walki i wybitne wyczyny, ale przede wszystkim walka o życie. I to właśnie kobiece ręce często stanowiły ostatnią przeszkodę między życiem a śmiercią dla setek żołnierzy. Taka odpowiedzialność spoczywała na barkach lekarzy i pielęgniarek pracujących w Afganistanie. W Dzień Pamięci Żołnierzy-Internacjonalistów korespondentka BELTA rozmawiała z jedną z kobiet, która widziała wojnę nie przez celownik karabinu, ale przez zaparowaną szybę sali operacyjnej, i dowiedziała się, jak każdego dnia znajdowała siłę, by ratować innych.
Tatiana Jeremszczykowa została wychowana przez matkę, która była sanitariuszką. Ojciec, inwalida Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zmarł, gdy miała zaledwie cztery lata. Dziewczynka często chodziła z matką do pracy i spędzała czas w szpitalu, dlatego nie zastanawiała się długo nad wyborem zawodu.
„Kiedy skończyłam ósmą klasę, wstąpiłam do Orszanskiej Szkoły Medycznej i zostałam skierowana do Boguszewska, gdzie przez trzy lata pracowałam jako pielęgniarka. Latem 1986 roku wezwano mnie do wojskowej komendantury jako osobę podlegającą obowiązkowi wojskowemu i zaproponowano mi pracę jako pielęgniarka w Afganistanie na podstawie umowy. Byłam wtedy młoda i niczego się nie bałam. Poza tym nie miałam jeszcze własnej rodziny, więc zgodziłam się” – wspomina Tatiana Jeremszczykowa.
Podróż do nieznanego kraju rozpoczęła się w styczniu. Najpierw pociągiem pojechała do Moskwy, potem do Taszkentu, a stamtąd poleciała do Afganistanu. W samolocie siedziała razem z innymi pracownikami służby zdrowia i żołnierzami, wszyscy starali się znaleźć sobie wygodne miejsce, tłoczyli się na skrzyniach i workach. Po przyjeździe Tatiana została skierowana do Centralnego Szpitala Radzieckiego w Kabulu, który był jednym z kluczowych punktów ewakuacji, ponieważ przyjmował ciężko rannych żołnierzy dostarczanych helikopterami. Teren szpitala był ściśle strzeżony, nie można było swobodnie z niego wyjść ani wejść.
„Do miasta wychodziliśmy bardzo rzadko i pod eskortą, ponieważ istniało zagrożenie zamachami terrorystycznymi. Jednak kilka razy w ramach grupy udało nam się wyjechać poza teren szpitala, odwiedziliśmy najpiękniejsze miejsca, a nawet spotkaliśmy się z lokalnymi mieszkańcami. Oczywiście żyli bardzo ubogo, ale jednocześnie w wielu sklepach było mnóstwo importowanych towarów” – opowiada lekarka.
Pracowała na oddziale gastroenterologii i neurologii. W zasadzie były to dwa oddziały w jednym, gdzie sprawnie pracowało 12 osób. Szpital dysponował dobrym sprzętem do USG. Lekarze nie odmawiali pomocy zarówno urzędnikom, jak i lokalnej ludności, chociaż czasami było to dość niebezpieczne.
„Wszyscy byliśmy wtedy wychowani w duchu patriotyzmu, więc w ogóle nie myśleliśmy o niebezpieczeństwie. Nie było prawie żadnej paniki. Powiedziałam mamie, że jadę do Polski, tylko niektórzy krewni znali prawdę i nie aprobowali mojej decyzji” – wyznała Tatiana Jeremszczykowa.
Pierwszą trudnością dla niej był nieprzyjazny klimat. Zimą było bardzo zimno, przenikliwy wiatr i wysokie góry nieco przerażały, a latem, wręcz przeciwnie, panował nieznośny, duszący upał. Również zakwaterowanie w barakach różniło się od naszego. Jednak pomimo trudności młode pielęgniarki i lekarze mieli okazję poznać życie w Afganistanie, ponieważ wcześniej nie wyjeżdżali z Związku Radzieckiego i nie widzieli, jak żyją inni ludzie.
Według Tatiany Jeremszczykowej miejscowi mieszkańcy Afganistanu byli bardzo mili. Niektórzy z nich pracowali lub nawet leczyli się w radzieckim szpitalu. Do dziś pamięta sierotę, która długo wracała do zdrowia. Czasami miejscowi przynosili lekarzom i żołnierzom swoje owoce, a ci w zamian dawali im chleb i mydło.
„Najtrudniejsze było oczywiście patrzenie na młodych chłopców w moim wieku, którzy odnosili ciężkie rany. Opiekowaliśmy się leżącymi, staraliśmy się jak mogliśmy ułatwić im życie, dać im odrobinę domowego ciepła. W rzeczywistości wsparcie moralne było nie mniej ważne niż fizyczne. Kiedy człowiek ma siłę ducha i dobry nastrój, powrót do zdrowia przebiega lepiej. Chłopcy, którzy wyzdrowieli, również pomagali innym. W większości wszyscy spieszyli się z powrotem, mówiąc, że czekają na nich tam towarzysze” – wyjaśniła lekarka.
W jej pamięci do dziś pozostała historia Witi z Homla, który trafił na oddział neurologii i w ogóle nie mógł chodzić. Jego powrót do zdrowia trwał bardzo długo, a kiedy nieco się wzmocnił, ewakuowano go do domu. Później chłopak wysyłał pielęgniarkom listy i zdjęcia, a one z radością dowiedziały się, że w końcu udało mu się całkowicie stanąć na nogi. Był też u nich chłopak z uszkodzonymi oczami. Był załamany psychicznie, i lekarze starali się zrobić wszystko, co w ich mocy, aby mu pomóc. Nie wiadomo, jak potoczył się jego los, ale Tatiana Jeremszczykowa wierzy, że i jego czekało szczęście.
Wśród najstraszniejszych momentów wymienia dzień, w którym na teren szpitala spadł pocisk. Wtedy wszyscy naprawdę się przestraszyli. Często w nocy w górach dochodziło do wybuchów, do których również nie można było się przyzwyczaić. Jednak w jej pamięci pozostały również miłe wspomnienia, a w domu zachowały się pocztówki z podziękowaniami i gratulacjami, które wielu chłopaków wysłało już po powrocie Tatiany na Białoruś.
„Wtedy nie było internetu i nie zawsze udawało nam się utrzymać kontakt. Wśród chłopaków byli nie tylko Słowianie, ale także Tadżykowie i Uzbekowie. Wszyscy szukali swoich rodaków. Czasami pomagaliśmy chłopakom pisać listy. Oczywiście lekarze mieli niewiele wolnego czasu. Czasami spacerowaliśmy po terenie, do dziś pamiętam, że przy małej fontannie stał pomnik Przyjaźni. Czasami wieczorem na ulicy wyświetlano filmy, ale oczywiście wszystko było okresowo przerywane wezwaniami do pracy, ponieważ przywożono do nas nowych rannych. Chłopcy, którzy wracali do zdrowia, przychodzili grać na gitarze, a my razem z nimi śpiewaliśmy piosenki” – podzieliła się wspomnieniami lekarka.
Według niej wszyscy lekarze, którzy tam pracowali, byli optymistami. Początkowo wybierano tam tylko osoby o stabilnej psychice, ponieważ przed otrzymaniem tej oferty pracy lekarze wypełniali specjalne ankiety z pytaniami.
„Kiedy tam przyjechałam, miałam już dość dobre doświadczenie zawodowe, potrafiłam wykonywać zabiegi medyczne, ale jednocześnie nauczyłam się czegoś nowego. Na przykład ukończyłam kursy dla pielęgniarek chirurgicznych, dowiedziałam się wiele nowego o gastroenterologii. Oczywiście ten czas dał mi wiele, bo praktyka to praktyka. Ponadto było tam wiele chorób, które nie występowały w Związku Radzieckim: wirusowe zapalenie wątroby typu B, tyfus. Powrót do zdrowia po takiej chorobie to złożony proces, który wymaga określonych zabiegów medycznych i opieki nad ciałem. Jednocześnie w naszym szpitalu bardzo rzadko zdarzały się zgony” – zauważyła Tatiana Jeremszczykowa.
„Oczywiście dzisiaj ci, którzy byli wtedy młodzi, są już dorosłymi mężczyznami i kobietami. Chciałabym, aby to, przez co przeszli nasi żołnierze, nie powtórzyło się, aby chłopcy nie musieli już tego przeżywać, aby wszystko było dobrze i abyśmy żyli pod pokojowym niebem” – podsumowała.
BELTA

ENERGIA ATOMOWA
