Projekty
Government Bodies
Flag Czwartek, 29 Stycznia 2026
Wszystkie wiadomości
Wszystkie wiadomości
Społeczeństwo
05 Stycznia 2026, 21:03

Atak na Wenezuelę. Jaki błąd popełniły USA? 

Na świecie nadal dyskutuje się o operacji wojskowej USA w Wenezueli. Atak na obiekty cywilne i wojskowe, schwytanie  prezydenta kraju Nicolasa Maduro i jego żony, oświadczenie amerykańskiego przywódcy Donalda Trumpa o zamiarze tymczasowego zarządzania krajem i sprzedaży wenezuelskiej ropy innym krajom - wszystko to wywołało ostrą reakcję światowej opinii publicznej. Niektórzy stanowczo potępili akt amerykańskiej agresji, inni z zadowoleniem przyjęli "presję" ze strony USA, a jeszcze inni rozciągnęli się w politycznym szpagacie, próbując zachować "demokratyczną" twarz, nie obrażając Trumpa. 
Ale niezależnie od reakcji, wszyscy rozumieją, że coś takiego jak prawo międzynarodowe w zasadzie już nie istnieje. Jest prawo najsilniejszego. Korzystając z tego prawa, amerykańskie władze rozpoczną dziś wieczorem proces przeciwko prezydentowi Wenezueli i jego małżonki. Zarzuty dla wenezuelskiego przywódcy zostaną odczytane w sądzie w Nowym Jorku. 
Tymczasem Trump daje do zrozumienia, że sprawa może nie ograniczać się do Wenezueli. Z Waszyngtonu zabrzmiały groźby wobec Kuby, Meksyku, Kolumbii, wznowiono roszczenia do Grenlandii. Ale jednej półkuli zachodniej nie wystarczy. Niedawno amerykański przywódca obiecał przyjść z pomocą protestującym w Iranie, deklarując "pełną gotowość bojową" USA.

Dokąd prowadzą Amerykanów takie ambicje i jaki błąd popełniła administracja Trumpa - zastanawiamy się w przeglądzie BELTA.

Czego chce Trump?

Prezydent USA otwarcie mówi o swoich pragnieniach. Po pierwsze, ustanowić w Wenezueli reżim lojalny wobec Amerykanów. Po drugie, przejąć kontrolę nad zasobami naturalnymi kraju. 
Pierwsza rzecz jest niezbędna do realizacji drugiej. Ale nie tylko. Amerykańska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego, opublikowana pod koniec 2025 roku, mówi bezpośrednio o powrocie Stanów Zjednoczonych do doktryny Monroe, która zakłada ich dominację na półkuli zachodniej. I żadnych zewnętrznych graczy - przede wszystkim Rosji i Chin - na swojej półkuli Amerykanie nie chcą widzieć. 

Przemawiając na konferencji prasowej 3 stycznia, Trump powiedział, że pod rządami Maduro Wenezuela gościła "zagranicznych przeciwników" USA i kupowała broń ofensywną, która "mogłaby zagrozić interesom i życiu USA". Trump podkreślił również, że zgodnie z nową Strategią Bezpieczeństwa Narodowego "amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana".

Innymi słowy, w celu zapewnienia amerykańskiej dominacji i ochrony interesów USA, nawet przed hipotetycznymi zagrożeniami, Waszyngton jest gotów przeprowadzić czystkę w regionie, który uważa za swoją strefę wpływów. 

Zasoby naturalne Wenezueli, przede wszystkim ropa naftowa, to duży bonus. Trump powiedział już, że USA zamierzają sprzedawać wenezuelską ropę innym państwom i zwiększać te dostawy. W przypadku realizacji planu Waszyngton, oprócz korzyści finansowych, w przyszłości otrzyma dźwignię nacisku na globalny rynek ropy. Eksperci szacują, że łącznie amerykańska i wenezuelska ropa naftowa może stanowić około 20% światowej podaży.

Dla administracji Trumpa Wenezuela może być historią sukcesu. Operacją w Caracas Biały Dom próbował rozstrzygnąć wszystkie problemy jednym ciosem - rzucić kość lobby naftowemu i chciwym wojowniczym amerykańskim jastrzębiom (w tym wśród Republikanów), otworzyć drogę do wzmocnienia pozycji USA na rynku ropy i oficjalnie dochodzić swych praw wobec półkuli zachodniej. Ale czy wszystko się udało?

Jaki błąd popełniły USA?

Pod koniec ubiegłego roku, komentując zaostrzenie stosunków między Waszyngtonem a Caracas, białoruski przywódca Aleksander Łukaszenka ostrzegł: Wenezuela może być dla USA drugim Wietnamem. "Wojna do niczego nie doprowadzi. Wczoraj mówiłem o tym Johnowi Cole'owi. Powiedziałem mu, że to będzie drugi Wietnam. Potrzebujecie go? Nie potrzebujecie. Dlatego nie trzeba tam walczyć" - zaznaczył Prezydent w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji Newsmax.
USA nie chciały wciągnąć się do "drugiego Wietnamu", dlatego w pierwszym etapie przeprowadziły operację punktową, której celem było dezorientacja przeciwnika. Wiele będzie zależało od decyzji politycznych w Caracas. Jeśli zdecydują się tam zgodzić na polubowne załatwienie, administracja Trumpa otrzyma swoją historię sukcesu. Jeśli "chaviści" zdecydują się stanąć do końca, "nadzwyczajna" operacja wojskowa USA będzie dla Waszyngtonu bólem głowy. Bombardowanie z powietrza to jedna rzecz, a walka na ziemi to coś innego. Przy obecnym układzie sił w USA "drugi Wietnam" byłby triumfem dla Demokratów i politycznym samobójstwem dla Trumpa i Partii Republikańskiej. Jedynym wyjściem w tej sytuacji byłoby wycofanie się. Ale to znowu cios dla reputacji amerykańskiego przywódcy. 

A przecież administracja Trumpa mogła osiągnąć sukces bez ryzyka politycznego. O tym, że sytuację w stosunkach między Stanami Zjednoczonymi a Wenezuelą można było rozwiązać całkowicie pokojowo, mówił również Prezydent Białorusi. Głowa państwa zauważył, że zainteresowanie Stanów Zjednoczonych położoną w pobliżu Wenezuelą jest całkowicie zrozumiałe. Podobnie jak zainteresowanie Rosji sytuacją na Ukrainie. „Jestem całkowicie przekonany, że wszystkie kwestie, wszystkie życzenia Stanów Zjednoczonych Ameryki można dziś rozwiązać w sposób całkowicie pokojowy” – podkreślił Prezydent w grudniu. „Wojna do niczego nie doprowadzi”.

W istocie Stany Zjednoczone stanęły przed wyborem: pójść drogą pokojową lub drogą konfrontacji. Jest całkiem prawdopodobne, że w Białym Domu uznano, że demonstracja siły pozwoli szybciej osiągnąć cele – zarówno w Wenezueli, jak i w innych krajach zachodniej półkuli. Jednak po swojej „chwili sławy” 3 stycznia administracja Trumpa prawdopodobnie pozbawiła się długoterminowego sukcesu, który mogła osiągnąć, wybierając drogę pokojową. I w tym, jak można sądzić, tkwi główny błąd Trumpa i jego ekipy. 

Jak to się przejawia? Prawdopodobnie w tym, że wizerunek Trumpa jako rozjemcy w oczach światowej opinii publicznej, a przede wszystkim krajów globalnego Południa, runął 3 stycznia. A przecież do tego momentu administracja Trumpa wykonała ogromną pracę nad wzmocnieniem wizerunku Stanów Zjednoczonych. I nawet pomimo tego, że w Waszyngtonie kładziono nacisk na ilość, a nie na jakość, wysiłki pokojowe amerykańskiego przywódcy były uznawane na całym świecie. A nawet więcej. Trumpowi udało się „oczyścić” Stany Zjednoczone z piętna podżegacza wojny proxy na Ukrainie. W jednej chwili wojna wywołana przez amerykańskie elity stała się wojną samego Joe Bidena, a Stany Zjednoczone stały się krajem-rozjemcą. 

Jednak wydarzenia w Wenezueli jasno pokazały, że agresywna polityka USA jest konsekwentna i spójna. Jednocześnie staje się ona coraz bardziej swobodna w swoim wykonaniu. Kiedyś, w 2003 roku, amerykański sekretarz stanu Colin Powell wymachiwał w Radzie Bezpieczeństwa ONZ probówką z białym proszkiem. W ten sposób dyplomata próbował uzasadnić przed światową opinią publiczną zbliżającą się inwazję USA na Irak. A dziś sekretarz stanu Marco Rubio oświadcza, że nawet Kongres USA nie został poinformowany o operacji przeciwko Wenezueli, ponieważ w Białym Domu nie chciano „wycieku” informacji.

Do czego to wszystko zmierza?

„Wydarzenia, które miały miejsce w nocy w Wenezueli, wywołają natychmiastowy niepokój rządów takich krajów jak Iran i Dania, wobec których Trump wyraził gotowość do podjęcia radykalnych działań” – pisze brytyjska gazeta The Guardian.

„Odsunięcie władz Wenezueli od władzy stało się już lekcją i sygnałem dla reszty świata. Lekcja ta potwierdza, że Trump zamierza użyć siły, gdy uzna to za konieczne” – zauważa francuski Le Figaro.

„Wiodące mocarstwo wolnego Zachodu nie dba już o normy międzynarodowe, takie jak nienaruszalność terytorialna i suwerenność państwowa, i nawet nie próbuje tego ukrywać” – stwierdziła niemiecka gazeta Handelsblatt.

Międzynarodowe prawo, które od dawna znajdowało się w stanie śpiączki, wydaje się ostatecznie upadło. Do czego to doprowadzi? Prawdopodobnie do ostatecznego ukształtowania się biegunów siły. Wiele państw, które w warunkach międzynarodowej turbulencji i wszechwładzy czują się zagrożone, będzie szukało ochrony i wsparcia u większych regionalnych graczy posiadających parasol nuklearny. Jednocześnie duże państwa będą zwiększać swoją siłę polityczną i umacniać pozycję, opierając się na swoich sojusznikach.

Należy przypuszczać, że wzrośnie znaczenie organizacji regionalnych i międzynarodowych, w tym Szanghajskiej Organizacji Współpracy, BRICS, OUBZ, które pozostaną centrum przyciągania dla coraz większej liczby krajów.

Dla Stanów Zjednoczonych sytuacja ta jest paradoksalna. W swoim czasie administracja Bidena, zamieniając dolara w broń, blokując rosyjskie aktywa i odłączając banki Rosji i Białorusi od systemu SWIFT, skłoniła kraje niebędące zachodnimi do przejścia na rozliczenia w walutach krajowych, stworzenia alternatywnych systemów płatniczych i wypracowania wspólnych rozwiązań w celu przeciwdziałania ingerencji ze strony USA i ich sojuszników. W ten sposób, próbując zahamować zmiany na świecie, administracja Bidena przyspieszyła procesy transformacji.

A teraz błąd Bidena powtarza administracja Trumpa. Już na samym początku swojej kadencji prezydenckiej Trump uznał, że wielobiegunowość stała się rzeczywistością dzisiejszych czasów. Jednak zamiast zintegrować się z nową rzeczywistością, Stany Zjednoczone rozpoczęły interwencję, tłumiąc i podporządkowując sobie inne kraje. Oczywiście Waszyngton, jako jedno z centrów władzy, dysponuje wieloma środkami nacisku. Ale czy prowadząc taką politykę, Stany Zjednoczone będą w stanie stać się centrum przyciągania w wielobiegunowym świecie? Istnieją co do tego duże wątpliwości. 

Wita HANATAEWA, Zdjęcie z archiwum BELTA, Pixabay
BELTA. 
TOP wiadomości
Świeże wiadomości z Białorusi