13 kwietnia, Homel /Kor. BELTA/. 13 kwietnia w powiecie homelskim odbył się starożytny obrzęd „Wodzenia Suły”, informuje BELTA.
Piosenki, tańce w kręgu, obrzędy sakralne – tradycyjnie obrzęd ten w powiecie homelskim odbywa się drugiego dnia Wielkanocy. Tego dnia mieszkańcy dwóch sąsiednich wsi – Gadiczewa i Markowiczej – zbierają się, by przeprowadzić obrzęd „Wodzenia Suły”.
Jak wyjaśniono w Centrum Kultury powiatu homelskiego, obrzęd „Wodzenia Suły” jest szczególnym przejawem wiosennych obrzędów. Ma on sakralne znaczenie, mające na celu zapewnienie żyzności ziemi i obfitych plonów, a także wzmocnienie zdrowia lokalnych mieszkańców oraz ochronę wsi przed żywiołami, zwłaszcza przed burzami i piorunami.
Rytuał rozpoczyna się we wsi Gadiczewo zaraz po liturgii wielkanocnej w lokalnej świątyni św. Katarzyny. Kobiety i dziewczęta wychodzą na skrzyżowanie i przy akompaniamencie autentycznych pieśni rozpoczynają tańce ludowe, tzw. „tankI”. Mają one różne formy i kierunki – kołowe, wężowe, z zabawami i innymi elementami. Głównymi wykonawczyniami obrzędowych czynności są kobiety, dziewczęta i dziewczynki. Ubierają się one w jasne, charakterystyczne dla tej okolicy stroje i śpiewają autentyczne pieśni, dostosowując krok i utrzymując tempo pochodu.
Nawiasem mówiąc, to właśnie tacy zaangażowani ludzie nie pozwolili, by obrzęd popadł w zapomnienie. Wznowiono go po 40-letniej przerwie. Laureat nagrody Prezydenta „Za odrodzenie duchowe” Wiktor Szipkow pochodzi z tych stron i pomaga zachować tradycje. „Jeśli będziecie śpiewać z serca, słońce będzie świecić” – zapewnia uczestników obrzędu, którzy spoglądają na chmury. Od wielu lat Wiktor pomaga zachować tę autentyczną uroczystość w swojej małej ojczyźnie.
„W tym roku mija już jubileuszowy, 20. rok od odrodzenia tego obrzędu. W 2007 roku w szkole średniej w Markowicach inicjatorem został ówczesny pedagog-organizator Grigorij Basow. Wpadł on na pomysł, by ożywić ten obrzęd – z udziałem dzieci stworzyć jego wizualizację. Na tę inicjatywę odpowiedziały zarówno dzieci, jak i rodzice oraz nauczyciele. Tak więc po raz pierwszy po 40-letniej przerwie odbył się ten obrzęd. Była to pierwsza próba powrotu do tych źródeł, które leżą u podstaw głębokiego sensu obrzędu” – przypomniał Wiktor Szipkow.
Wtedy obrzęd wzbudził duże zainteresowanie i z każdym rokiem nabierał na sile. Tradycja kulturowa spotkała się z szerokim oddźwiękiem. Każdego roku obrzęd uzupełniano o autentyczne elementy. Wprowadzano zmiany w trasie przemarszu. „Bardzo zależało nam, aby wszystko odbyło się bez farsy, ważne było powrócenie właśnie do tego, jak ten obrzęd przeprowadzali nasi przodkowie. Wychodziliśmy na pole na skraju wsi Gadiczewo. Jeśli zasiano żyto, to na klinie żyta, albo tam, gdzie wszystko zostało zaorane i zasiano rośliny jare, albo tam, gdzie zbierają siły rośliny ozime, zielona trawa. W końcu pole to miejsce, gdzie rodzi się przyszły plon” – podkreślił Wiktor.
W dużym stopniu w obrzędzie przypisuje się dzieciom rolę nosicieli i kontynuatorów tradycji. „Zawsze małe dziewczynki stawiamy w środku korowodu, delikatnie podrzucamy je do góry. To symboliczny gest: tak jak podrzucamy dzieci, tak i plony mają rosnąć w górę, aby urodziło żyto, pszenica, jęczmień. Same dzieci symbolizują te ziarna. Można przeprowadzić taką paralelę: ziarno do uprawy chleba powszedniego i ziarno kontynuacji życia – dzieci. Wszyscy życzą dzieciom, aby rosły duże, piękne i zdrowe. Dzieci chętnie uczestniczą w tym obrzędzie. „Jestem więcej niż pewien, że zapamiętają, jak dziś były podrzucane” – z uśmiechem zauważa Wiktor Szipkow.
Ten etap obrzędu zawsze wypełniony jest szczęśliwymi uśmiechami, śmiechem i głośnymi okrzykami dziewcząt. Przez ostatnie 20 lat wielu uczestników obrzędu dosłownie wyrosło na tej tradycji. Kiedy sami chodzili jeszcze do przedszkola, ich również podrzucano w tym korowodzie, a teraz wielu z nich przyprowadza własne dzieci.
Na święto przyjechali także goście z różnych miejsc. Niektórzy, aby dotrzeć na początek obrzędu, musieli wstać jeszcze przed świtem. Są przedstawiciele obwodu grodzieńskiego, różnych powiatów obwodu homelskiego i innych zakątków kraju.
„Sama mieszkałam w tej wsi. Wyprowadziliśmy się stąd 15 lat temu, ale przez cały ten czas wracamy tu z powiatu buda-koszelewskiego. Dziś, aby przyjechać na obrzęd, z mężem wstaliśmy o wpół do czwartej rano. Tu zawsze dostajemy pozytywne emocje. To taki zastrzyk energii! Jesteśmy z mężem bardzo aktywnymi i twórczymi ludźmi. Choć jesteśmy rolnikami, bardzo kochamy takie wydarzenia i tradycje. Przecież musimy zebrać plony” – śmieje się Galina Prokopienko. Dodała również, że mieszkają tu jej bliscy – swatowie, zięć, wszystko jest jej znajome i bliskie sercu.
Dla młodej mieszkanki Homla udział w tym obrzędzie był odkryciem. Majja Nikołajewa przyjechała na „Wodzenia Suły” wraz z rówieśnikami i przedstawicielami Szkoły Podstawowej nr 30 w Homlu. „Mamy profil folklorystyczny. Chyba jedyna taka szkoła. Występujemy po całym obwodzie: śpiewamy i gramy na instrumentach. Dlatego przyjechaliśmy tutaj dużą grupą – 12 osób. Jestem tu pierwszy raz, ale niektórzy byli już nie raz. Bardzo mi się tu wszystko podoba. Z przyjemnością śpiewam pieśni, głosy tak pięknie się łączą i przeplatają. I przyroda jest tu bardzo piękna. Wszystko jest po prostu super!” – podzieliła się emocjami uczennica ósmej klasy.
Trasa wiodła także wzdłuż słynnego Traktu Katarzynyńskiego. Przyśpiewkami i pieśniami uczestnicy, trzymając się za ręce, na całej długości Suły przyjmowali w swoje szeregi wszystkich chętnych. Tradycyjnie obrzędowy pochód kończy się przy wiejskim Domu Kultury w Markowiczach, gdzie gości wita się z babką wielkanocną na ręczniku i zaprasza na wspólny poczęstunek.
Nawiasem mówiąc, „Suła” może być różnie interpretowana: to sam obrzęd, widowisko, zbiorowość uczestników – „bieg rzeki” procesji, a także strzała itp. Ludowy obrzęd „Wodzenia Suły” w powiecie homelskim otrzymał status wartości historyczno-kulturowej w 2019 roku.

ENERGIA ATOMOWA
