Aktualności tematyczne
"Białorusini w kadrze "
Jak przygotować świąteczny stół dla 50 gości, połączyć grę na cymbałach z gotowaniem i pokonać wszystkich w popularnym show telewizyjnym – dowiedzieliśmy się od osobistej szefowej kuchni Kseniji Czilikinej.
Ksenija Czilikina jest pierwszą Białorusinką, która zwyciężyła w kulinarnym show telewizyjnym "Bitwa szefów". Co prawda z wykształcenia jest nauczycielką muzyki i nigdy nawet nie myślała o karierze szefowej kuchni. Dowiedzieliśmy się, jak wśród garnków i patelni znalazła swoje powołanie i co mają z tym wspólnego cymbały, a także porozmawialiśmy o konkursowych daniach, którymi podbiła guru gastronomii Renata Agzamowa i Konstantina Iwlewa.
"Zmieniłam 45 miejsc pracy i w każdej nowej kuchni napełniałam się wiedzą"
Na spotkanie z naszą bohaterką do jednej z modnych stołecznych restauracji przyjechaliśmy z nadzieją usłyszenia prawdziwej kinowej historii o tym, jak dziewczynka Ksenija niemal od przedszkola umiejętnie radziła sobie w kuchni: potrafiła ugotować zupę, usmażyć kotleciki i przygotować świątecznego "Napoleona". W rzeczywistości okazało się jednak zupełnie inaczej, ale nie mniej interesująco. Zresztą, oceńcie sami!
Ksenija Czilikina urodziła się w Mińsku. Gdy miała cztery lata, rodzina przeprowadziła się do osiedla Mir w powiecie korelickim. Dziewczynka poszła do szkoły muzycznej na kierunku "cymbały", bardzo chciała grać na tym instrumencie. Ogólnie rzecz biorąc, zawsze marzyła o związaniu swojego życia z muzyką, dlatego ukończyła Lidzki Państwowy Koledż Muzyczny. Przez rok pracowała w zawodzie w swojej małej ojczyźnie, a potem zapragnęła czegoś nowego.

"Rzuciłam się na podbój stolicy – uśmiecha się nasza rozmówczyni i od razu szczerze przyznaje, że do kuchni trafiła zupełnie przypadkowo. - W dzieciństwie mogłam ugotować obiad, ale tylko wtedy, gdy trzeba było odpokutować za jakieś przewinienie, aby rodzice pozwolili mi wyjść na dwór. Ogólnie rzecz biorąc, sceptycznie podchodziłam do zawodu kucharza. I nie było przed oczami odpowiednich przykładów, czy to restauracji, czy kawiarni. Do tego w szkole karmiono niesmacznie. Zawsze zresztą bardzo dobrze znałam się na jedzeniu i nigdy nie jadłam tego, czego nie lubię".
Poszukując pracy, Ksenija natknęła się w gazecie na przełomowe ogłoszenie: do pizzerii potrzebny był kucharz w chłodni.
"Gdy uczyłam się w koledżu, dorabiałam jako pomocnik kuchenny, więc mniej więcej wyobrażałam sobie obowiązki: pokroić sałatkę, kiełbaskę. Dlatego śmiało wybrałam numer i zapewniłam, że mam potrzebne doświadczenie. W efekcie mnie zatrudnili" – mówi z dumą.
Przepracowała tam trzy lata, zdobyła ogromne doświadczenie w przygotowywaniu pizz, sushi. Nauczyła się wszystkich tajników gorącej i zimnej kuchni. Prawda jest taka, że nie czuła szczególnej romantyki w zawodzie. To był tylko sposób zarabiania pieniędzy.
Ksenija Czilikina jest pierwszą Białorusinką, która zwyciężyła w kulinarnym show telewizyjnym "Bitwa szefów". Co prawda z wykształcenia jest nauczycielką muzyki i nigdy nawet nie myślała o karierze szefowej kuchni. Dowiedzieliśmy się, jak wśród garnków i patelni znalazła swoje powołanie i co mają z tym wspólnego cymbały, a także porozmawialiśmy o konkursowych daniach, którymi podbiła guru gastronomii Renata Agzamowa i Konstantina Iwlewa.
"Zmieniłam 45 miejsc pracy i w każdej nowej kuchni napełniałam się wiedzą"
Na spotkanie z naszą bohaterką do jednej z modnych stołecznych restauracji przyjechaliśmy z nadzieją usłyszenia prawdziwej kinowej historii o tym, jak dziewczynka Ksenija niemal od przedszkola umiejętnie radziła sobie w kuchni: potrafiła ugotować zupę, usmażyć kotleciki i przygotować świątecznego "Napoleona". W rzeczywistości okazało się jednak zupełnie inaczej, ale nie mniej interesująco. Zresztą, oceńcie sami!
Ksenija Czilikina urodziła się w Mińsku. Gdy miała cztery lata, rodzina przeprowadziła się do osiedla Mir w powiecie korelickim. Dziewczynka poszła do szkoły muzycznej na kierunku "cymbały", bardzo chciała grać na tym instrumencie. Ogólnie rzecz biorąc, zawsze marzyła o związaniu swojego życia z muzyką, dlatego ukończyła Lidzki Państwowy Koledż Muzyczny. Przez rok pracowała w zawodzie w swojej małej ojczyźnie, a potem zapragnęła czegoś nowego.

"Rzuciłam się na podbój stolicy – uśmiecha się nasza rozmówczyni i od razu szczerze przyznaje, że do kuchni trafiła zupełnie przypadkowo. - W dzieciństwie mogłam ugotować obiad, ale tylko wtedy, gdy trzeba było odpokutować za jakieś przewinienie, aby rodzice pozwolili mi wyjść na dwór. Ogólnie rzecz biorąc, sceptycznie podchodziłam do zawodu kucharza. I nie było przed oczami odpowiednich przykładów, czy to restauracji, czy kawiarni. Do tego w szkole karmiono niesmacznie. Zawsze zresztą bardzo dobrze znałam się na jedzeniu i nigdy nie jadłam tego, czego nie lubię".
Poszukując pracy, Ksenija natknęła się w gazecie na przełomowe ogłoszenie: do pizzerii potrzebny był kucharz w chłodni.
"Gdy uczyłam się w koledżu, dorabiałam jako pomocnik kuchenny, więc mniej więcej wyobrażałam sobie obowiązki: pokroić sałatkę, kiełbaskę. Dlatego śmiało wybrałam numer i zapewniłam, że mam potrzebne doświadczenie. W efekcie mnie zatrudnili" – mówi z dumą.
Przepracowała tam trzy lata, zdobyła ogromne doświadczenie w przygotowywaniu pizz, sushi. Nauczyła się wszystkich tajników gorącej i zimnej kuchni. Prawda jest taka, że nie czuła szczególnej romantyki w zawodzie. To był tylko sposób zarabiania pieniędzy.
"Nawet nie marzyłam o czymś wielkim! Ciągle myślałam, jak zwiększyć stawkę za swoją godzinę pracy: więcej płacili przy pizzy – szłam tam, drożej wychodziło w gorącej kuchni – wybierałam ją – wyjaśnia Ksenija. - Potem każdego roku szukałam nowych miejsc, aby podnieść swoje zarobki. W sumie zmieniłam gdzieś około 45 miejsc pracy i w każdej nowej kuchni napełniałam się wiedzą, wewnętrznie rozwijałam się w zawodzie".
"Z łatwością mogę pojechać do stołówki i zamówić na śniadanie placki ziemniaczane"
Przez kilka lat Ksenija pracowała za granicą. Jednym z ostatnich krajów była Chorwacja. Pracowała jako szefowa kuchni w jednym z tamtejszych sezonowych restauracji. Grafik był nadmiernie napięty: sześć dni w tygodniu po dziesięć i więcej godzin.

"Przychodziłam najwcześniej – o 4-5 rano. Ponieważ zależało mi na jakości jedzenia, szybkości i podaniu dań, proces musiał być dopracowany do najdrobniejszych szczegółów. Część zadań wykonywałam sama, przygotowując się do otwarcia restauracji. O 7 rano przychodzili pracownicy i zamykali swoje pozycje – wspomina dziewczyna. - Doświadczenie zdobyłam ogromne. Pewnego razu kierownik kuchni oznajmia: dziś pracujemy na urodzinach. Nawiasem mówiąc, tam nie ma takiego przygotowania jak u nas na Białorusi, gdzie my dziś wiemy, jakie zamówienia są na kilka dni do przodu. W Chorwacji wszystko jest spontaniczne. Więc siadamy do auta i dowiaduję się, że świąteczny stół trzeba przygotować dla 50 gości! Oczywiście dałam sobie radę ze wszystkim. Ogólnie rzecz biorąc, lubię takie "nagłe" wydarzenia, to jak wyzwanie rzucone samej sobie. I masz tylko jedną próbę".
Ksenija podkreśla: nieważne, kim jesteś – szefową kuchni, barmanem czy kelnerem – trzeba pracować sumiennie.
"Oceniam pracownika po tym, jak pracuje, kiedy nikt go nie widzi. Wtedy człowiek odkrywa się od innej, prawdziwej strony. Pracowałam bardzo często na otwartych kuchniach, więc teraz, nawet jeśli jest to maksymalnie zamknięte pomieszczenie (choć często zleceniodawcy mają kamery monitoringu w kuchniach), czuję się jak na widoku – wyjaśnia kucharka. – W związku z tym nie mam ochoty na przykład podnieść czegoś z podłogi i włożyć z powrotem do talerza, oblizać łyżki, która ponownie zanurzy się w daniu. Ja takich działań nie mam już w podstawowych ustawieniach".
Nasza bohaterka nie ukrywa, że od restauracji woli przytulne kawiarnie i stołówki, gdzie jedzenie serwowane jest na ladzie.
"W zasadzie wolę domowe jedzenie, ale jeśli nie mam czasu na gotowanie, to z łatwością mogę pojechać do stołówki i zamówić na śniadanie placki ziemniaczane. Bardzo cenię miejsca, gdzie gotują proste, zrozumiałe dania. Właśnie takie są w Mirze, gdzie kiedyś dawno temu pracowałam jako zmywaczka. Do dziś pracuje tam mój kolega, teraz już jako szef kuchni. Wiem, że wszystko tu robi się z miłością: te same placki ziemniaczane z moczanką, solankę… Nie bez powodu człowiek jest w jednym miejscu od ponad 15 lat. Takim ludziom ufam – uśmiecha się i zaznacza, że dzięki zamiłowaniu do muzyki jest wrażliwa również na jedzenie. - Moja filozofia – nie używać dużo przypraw, soli, cukru. Staram się poprawić smak przez warzywa, owoce, jakieś płynne składniki, które nie zagłuszą go, ale podkreślą".
Przez kilka lat Ksenija pracowała za granicą. Jednym z ostatnich krajów była Chorwacja. Pracowała jako szefowa kuchni w jednym z tamtejszych sezonowych restauracji. Grafik był nadmiernie napięty: sześć dni w tygodniu po dziesięć i więcej godzin.

"Przychodziłam najwcześniej – o 4-5 rano. Ponieważ zależało mi na jakości jedzenia, szybkości i podaniu dań, proces musiał być dopracowany do najdrobniejszych szczegółów. Część zadań wykonywałam sama, przygotowując się do otwarcia restauracji. O 7 rano przychodzili pracownicy i zamykali swoje pozycje – wspomina dziewczyna. - Doświadczenie zdobyłam ogromne. Pewnego razu kierownik kuchni oznajmia: dziś pracujemy na urodzinach. Nawiasem mówiąc, tam nie ma takiego przygotowania jak u nas na Białorusi, gdzie my dziś wiemy, jakie zamówienia są na kilka dni do przodu. W Chorwacji wszystko jest spontaniczne. Więc siadamy do auta i dowiaduję się, że świąteczny stół trzeba przygotować dla 50 gości! Oczywiście dałam sobie radę ze wszystkim. Ogólnie rzecz biorąc, lubię takie "nagłe" wydarzenia, to jak wyzwanie rzucone samej sobie. I masz tylko jedną próbę".
Ksenija podkreśla: nieważne, kim jesteś – szefową kuchni, barmanem czy kelnerem – trzeba pracować sumiennie.
"Oceniam pracownika po tym, jak pracuje, kiedy nikt go nie widzi. Wtedy człowiek odkrywa się od innej, prawdziwej strony. Pracowałam bardzo często na otwartych kuchniach, więc teraz, nawet jeśli jest to maksymalnie zamknięte pomieszczenie (choć często zleceniodawcy mają kamery monitoringu w kuchniach), czuję się jak na widoku – wyjaśnia kucharka. – W związku z tym nie mam ochoty na przykład podnieść czegoś z podłogi i włożyć z powrotem do talerza, oblizać łyżki, która ponownie zanurzy się w daniu. Ja takich działań nie mam już w podstawowych ustawieniach".
Nasza bohaterka nie ukrywa, że od restauracji woli przytulne kawiarnie i stołówki, gdzie jedzenie serwowane jest na ladzie.
"W zasadzie wolę domowe jedzenie, ale jeśli nie mam czasu na gotowanie, to z łatwością mogę pojechać do stołówki i zamówić na śniadanie placki ziemniaczane. Bardzo cenię miejsca, gdzie gotują proste, zrozumiałe dania. Właśnie takie są w Mirze, gdzie kiedyś dawno temu pracowałam jako zmywaczka. Do dziś pracuje tam mój kolega, teraz już jako szef kuchni. Wiem, że wszystko tu robi się z miłością: te same placki ziemniaczane z moczanką, solankę… Nie bez powodu człowiek jest w jednym miejscu od ponad 15 lat. Takim ludziom ufam – uśmiecha się i zaznacza, że dzięki zamiłowaniu do muzyki jest wrażliwa również na jedzenie. - Moja filozofia – nie używać dużo przypraw, soli, cukru. Staram się poprawić smak przez warzywa, owoce, jakieś płynne składniki, które nie zagłuszą go, ale podkreślą".
Muzyka pomaga Kseniji lepiej rozumieć klientów: studiuje ich nawyki smakowe, a nawet dziecięce historie i wspomnienia mogą nasunąć pomysł przygotowania jakiegoś szczególnego dania.
"Ważne jest, aby dobrze poznać człowieka, nie bać się zajrzeć do środka, bo tylko dotknąwszy go prawdziwego, można zrozumieć, czego on chce. Proces, powiedzmy, nie należy do łatwych. Nie mam jakiegoś doskonałego dania, które wychodzi mi lepiej od innych. Za to mam zdolność znajdowania więzi z ludźmi, którzy jedzą to, co ja przygotowałam. Ponieważ umiem słuchać i usłyszeć, czego dana osoba chce w konkretnym momencie, biorę pod uwagę wszystkie preferencje. Czy to będzie zupa grochowa, kotlet z kurczaka czy risotto z owocami morza – mówi szefowa kuchni i od razu precyzuje: - Moim koronnym daniem są relacje z tym, kto je zamówił i będzie jadł. W środku zawsze płonie pragnienie zrobienia dobrze, jak dla siebie. Na przykład nie chciałabym, aby przypaloną część potrawy położono na dnie talerza, polano jakimś sosem i podano mi. Dlatego tak nie postępuję z innymi. Taka jest moja prosta filozofia".
Pyszne zwycięstwo Kseniji Czilikinej
Pracując za granicą na kontrakcie, Ksenija Czilikina często wracała na Białoruś. Oprócz rodziny i bliskich, czekał na nią niezwykły pupil – domowy jeż. Rozmówczyni przyznaje, że te małe, kapryśne zwierzątka lubiła od najmłodszych lat.
"Psy i koty zawsze były mi obojętne, ale gdy tylko wypatrzyłam w trawie jeża, zawsze zatrzymywałam się, aby przyjrzeć mu się z bliska. W środku jakby coś się przewracało, oczy płonęły – uśmiecha się i wspomina, jak spontanicznie zdecydowała się na takiego pupila. - Pewnego dnia obudziłam się i zrozumiałam, że chcę! Od razu zaczęłam szukać ogłoszeń, dzwonić, rezerwować… I już od pięciu lat mieszka u mnie afrykański jeż karłowaty. Ponieważ jestem wielką fanką uniwersum filmowego "Gwiezdne Wojny", nazwałam go Dart Vader".
Co ciekawe, gdy białoruskiego kucharza zaproszono do udziału w znanym rosyjskim programie kulinarnym "Bitwa szefów", na jej bluzie widniało logo z wizerunkiem małego jeża. Jest przekonana, że przyniósł jej szczęście!

"Mój udział w "Bitwie" zaczął się prosto, powiedziałabym nawet nudno: w mediach społecznościowych napisał do mnie redaktor tego programu i zaprosił na casting na casting – uśmiecha się dziewczyna i przyznaje, że nie zgodziła się od razu, postanowiła trochę pomyśleć. - W końcu wypełniłam ankietę, wysłałam wszystkie niezbędne informacje, w tym wideo-wizytówkę. Potem nawet zapomniałam o tym. Jakież było moje zdziwienie, gdy miesiąc później poinformowano mnie, że przeszłam wewnętrzny casting i spośród kilkudziesięciu kandydatów z gotowymi daniami wybierano tych, którzy przejdą do drużyny Renata Agzamowa i Konstantina Iwlewa. W wyznaczonym dniu przybyłam do Moskwy, aby wziąć udział w programie. Z góry przygotowałam swoją kurtkę z jeżykiem i bardzo ucieszyłam się, że redaktorzy zatwierdzili mój strój, a także konkursowe dania".
Kseniji bardzo zależało, aby zaskoczyć szefów, którzy wiele już widzieli, dlatego wybrała dość trudną interpretację – labraksa z warzywami w stylu śródziemnomorskim, którego przygotowania nauczył ją szef w Chorwacji.
"Ważne jest, aby dobrze poznać człowieka, nie bać się zajrzeć do środka, bo tylko dotknąwszy go prawdziwego, można zrozumieć, czego on chce. Proces, powiedzmy, nie należy do łatwych. Nie mam jakiegoś doskonałego dania, które wychodzi mi lepiej od innych. Za to mam zdolność znajdowania więzi z ludźmi, którzy jedzą to, co ja przygotowałam. Ponieważ umiem słuchać i usłyszeć, czego dana osoba chce w konkretnym momencie, biorę pod uwagę wszystkie preferencje. Czy to będzie zupa grochowa, kotlet z kurczaka czy risotto z owocami morza – mówi szefowa kuchni i od razu precyzuje: - Moim koronnym daniem są relacje z tym, kto je zamówił i będzie jadł. W środku zawsze płonie pragnienie zrobienia dobrze, jak dla siebie. Na przykład nie chciałabym, aby przypaloną część potrawy położono na dnie talerza, polano jakimś sosem i podano mi. Dlatego tak nie postępuję z innymi. Taka jest moja prosta filozofia".
Pyszne zwycięstwo Kseniji Czilikinej
Pracując za granicą na kontrakcie, Ksenija Czilikina często wracała na Białoruś. Oprócz rodziny i bliskich, czekał na nią niezwykły pupil – domowy jeż. Rozmówczyni przyznaje, że te małe, kapryśne zwierzątka lubiła od najmłodszych lat.
"Psy i koty zawsze były mi obojętne, ale gdy tylko wypatrzyłam w trawie jeża, zawsze zatrzymywałam się, aby przyjrzeć mu się z bliska. W środku jakby coś się przewracało, oczy płonęły – uśmiecha się i wspomina, jak spontanicznie zdecydowała się na takiego pupila. - Pewnego dnia obudziłam się i zrozumiałam, że chcę! Od razu zaczęłam szukać ogłoszeń, dzwonić, rezerwować… I już od pięciu lat mieszka u mnie afrykański jeż karłowaty. Ponieważ jestem wielką fanką uniwersum filmowego "Gwiezdne Wojny", nazwałam go Dart Vader".
Co ciekawe, gdy białoruskiego kucharza zaproszono do udziału w znanym rosyjskim programie kulinarnym "Bitwa szefów", na jej bluzie widniało logo z wizerunkiem małego jeża. Jest przekonana, że przyniósł jej szczęście!

"Mój udział w "Bitwie" zaczął się prosto, powiedziałabym nawet nudno: w mediach społecznościowych napisał do mnie redaktor tego programu i zaprosił na casting na casting – uśmiecha się dziewczyna i przyznaje, że nie zgodziła się od razu, postanowiła trochę pomyśleć. - W końcu wypełniłam ankietę, wysłałam wszystkie niezbędne informacje, w tym wideo-wizytówkę. Potem nawet zapomniałam o tym. Jakież było moje zdziwienie, gdy miesiąc później poinformowano mnie, że przeszłam wewnętrzny casting i spośród kilkudziesięciu kandydatów z gotowymi daniami wybierano tych, którzy przejdą do drużyny Renata Agzamowa i Konstantina Iwlewa. W wyznaczonym dniu przybyłam do Moskwy, aby wziąć udział w programie. Z góry przygotowałam swoją kurtkę z jeżykiem i bardzo ucieszyłam się, że redaktorzy zatwierdzili mój strój, a także konkursowe dania".
Kseniji bardzo zależało, aby zaskoczyć szefów, którzy wiele już widzieli, dlatego wybrała dość trudną interpretację – labraksa z warzywami w stylu śródziemnomorskim, którego przygotowania nauczył ją szef w Chorwacji.
"Jakieś składniki wiozłam ze sobą z Białorusi, a rybę kupiłam w Moskwie – opowiada. - Iwlew, zobaczywszy, że labraks wychodzi poza krawędzie talerza, całkowicie odmówił spróbowania dania, nazywając to rażącym naruszeniem. Postanowiłam nie udowadniać mu, że moja prezentacja jest standardowa dla europejskich restauracji, tradycje serwowania są różne w każdym kraju. W myślach byłam już z walizką na dworcu, ale doczekałam się ostatecznego werdyktu".

W rezultacie danie przypadło do gustu Renatowi Agzamowowi, który był zachwycony nawet małym kawałkiem ryby. Do jego drużyny Białorusinka właśnie trafiła.
Następnie czekały ją jeszcze trzy etapy konkursowe: w pierwszym gotowała ostrą zupę "Laksa", szczególnie popularną w Indonezji i Malezji. Potem wzięła się za greckie pulpety keftedes z sosem tzatziki. Chyba najciekawszym zarówno dla uczestników, jak i widzów był trzeci etap. Kucharze musieli wymyślić danie, którego podstawą była papryka. I tu naszej Kseniji nie było równych!
"Postanowiłam zaskakiwać grą z teksturami. Przedstawiłam bruschettę pod kremowym sosem pesto z papryki, słodko-pikantnym konfiturem z papryki i chrupiącymi chipsami z jalapeno – szybko wylicza zagraniczne potrawy Ksenija. .- Spróbowawszy, obaj szefowie zachwalali moje danie. I ja zwyciężyłam!"

Kręcenie odcinka odbyły się we wrześniu 2025 roku, a w telewizji pokazano dopiero po pół roku – w styczniu 2026. Przez cały ten czas Ksenija musiała trzymać w wielkim sekrecie wspaniałą wiadomość o swoim zwycięstwie.
"To było dla mnie najtrudniejsze! Tak cieszyłam się z siebie, że chciałam opowiadać dosłownie każdemu napotkanemu – jestem pierwszą Białorusinką, która wygrała w modnym programie kulinarnym. Ten okres milczenia wiele mnie nauczył. Na przykład cierpliwości, umiejętności zniesienia tego ciężaru. Gdy odcinek się ukazał, już byłam spokojna, emocje opadły – mówi i precyzuje, że zwycięstwo stało się rezultatem wieloletniej gonitwy za własnymi decyzjami, spełnieniem marzenia. - Nie przyszło do mnie bez powodu. Zdołałam przekazać swoją ideę dokładnie w takiej formie, w jakiej ją wymyśliłam. Całe swoje życiowe doświadczenie włożyłam w tę bruschettę i wygrałam program! Dla mnie to potwierdzenie, że nie trzeba się bać i próbować czegoś nowego, nie zatrzymywać się w swoich pragnieniach".
"Niedawno dowiedziałam się, że cymbały muszą usiąść na swoje miejsce"
Opowiadając o przyszłych planach, Ksenija podkreśla: w końcu pojawił się czas, aby zająć się jeszcze jedną ukochaną sprawą – muzyką, którą chciałaby połączyć z gotowaniem.
"Obmyślam projekty, w których będę mogła gotować potrawy i grać na cymbałach. To znaczy mówić o jedzeniu dźwiękami muzyki, a ludzie niech poczują to swoimi receptorami – wyjaśnia rozmówczyni. - Nie lubię, gdy próbują narzucić mi jako klientowi określone doznania smakowe. Jestem raczej za wolnością postrzegania. Poprzez melodie mam możliwość pokazania swojej idei, dając jednocześnie wybór słuchaczowi i degustatorowi. Tak to właśnie widzę".

W wolnym od podstawowej pracy czasie Ksenija zajmuje się grą na cymbałach. Samo ich strojenie zajmuje do trzech godzin. Przy czym robi to w całkowitej ciszy.
"Nareszcie mam nowy instrument. Jest o wiele cięższy od poprzedniego, ale znacznie dźwięczniejszy. I spektrum utworów stało się o wiele szersze. Granie na takich – czysta przyjemność. Staram się ćwiczyć codziennie, choćby po kilka minut, aby je rozgrywać – opowiada kucharka. - Dopiero niedawno dowiedziałam się, że cymbały muszą usiąść na swoje miejsce. I żeby to zrobiły, trzeba stale na nich grać. Co teraz właśnie robię".
Marina WAŁACH,
zdjęcia Andrieja SINIAWSKIEGO i z archiwum bohaterki publikacji,
gazeta "7 dni".

W rezultacie danie przypadło do gustu Renatowi Agzamowowi, który był zachwycony nawet małym kawałkiem ryby. Do jego drużyny Białorusinka właśnie trafiła.
Następnie czekały ją jeszcze trzy etapy konkursowe: w pierwszym gotowała ostrą zupę "Laksa", szczególnie popularną w Indonezji i Malezji. Potem wzięła się za greckie pulpety keftedes z sosem tzatziki. Chyba najciekawszym zarówno dla uczestników, jak i widzów był trzeci etap. Kucharze musieli wymyślić danie, którego podstawą była papryka. I tu naszej Kseniji nie było równych!
"Postanowiłam zaskakiwać grą z teksturami. Przedstawiłam bruschettę pod kremowym sosem pesto z papryki, słodko-pikantnym konfiturem z papryki i chrupiącymi chipsami z jalapeno – szybko wylicza zagraniczne potrawy Ksenija. .- Spróbowawszy, obaj szefowie zachwalali moje danie. I ja zwyciężyłam!"

Kręcenie odcinka odbyły się we wrześniu 2025 roku, a w telewizji pokazano dopiero po pół roku – w styczniu 2026. Przez cały ten czas Ksenija musiała trzymać w wielkim sekrecie wspaniałą wiadomość o swoim zwycięstwie.
"To było dla mnie najtrudniejsze! Tak cieszyłam się z siebie, że chciałam opowiadać dosłownie każdemu napotkanemu – jestem pierwszą Białorusinką, która wygrała w modnym programie kulinarnym. Ten okres milczenia wiele mnie nauczył. Na przykład cierpliwości, umiejętności zniesienia tego ciężaru. Gdy odcinek się ukazał, już byłam spokojna, emocje opadły – mówi i precyzuje, że zwycięstwo stało się rezultatem wieloletniej gonitwy za własnymi decyzjami, spełnieniem marzenia. - Nie przyszło do mnie bez powodu. Zdołałam przekazać swoją ideę dokładnie w takiej formie, w jakiej ją wymyśliłam. Całe swoje życiowe doświadczenie włożyłam w tę bruschettę i wygrałam program! Dla mnie to potwierdzenie, że nie trzeba się bać i próbować czegoś nowego, nie zatrzymywać się w swoich pragnieniach".
"Niedawno dowiedziałam się, że cymbały muszą usiąść na swoje miejsce"
Opowiadając o przyszłych planach, Ksenija podkreśla: w końcu pojawił się czas, aby zająć się jeszcze jedną ukochaną sprawą – muzyką, którą chciałaby połączyć z gotowaniem.
"Obmyślam projekty, w których będę mogła gotować potrawy i grać na cymbałach. To znaczy mówić o jedzeniu dźwiękami muzyki, a ludzie niech poczują to swoimi receptorami – wyjaśnia rozmówczyni. - Nie lubię, gdy próbują narzucić mi jako klientowi określone doznania smakowe. Jestem raczej za wolnością postrzegania. Poprzez melodie mam możliwość pokazania swojej idei, dając jednocześnie wybór słuchaczowi i degustatorowi. Tak to właśnie widzę".

W wolnym od podstawowej pracy czasie Ksenija zajmuje się grą na cymbałach. Samo ich strojenie zajmuje do trzech godzin. Przy czym robi to w całkowitej ciszy.
"Nareszcie mam nowy instrument. Jest o wiele cięższy od poprzedniego, ale znacznie dźwięczniejszy. I spektrum utworów stało się o wiele szersze. Granie na takich – czysta przyjemność. Staram się ćwiczyć codziennie, choćby po kilka minut, aby je rozgrywać – opowiada kucharka. - Dopiero niedawno dowiedziałam się, że cymbały muszą usiąść na swoje miejsce. I żeby to zrobiły, trzeba stale na nich grać. Co teraz właśnie robię".
Marina WAŁACH,
zdjęcia Andrieja SINIAWSKIEGO i z archiwum bohaterki publikacji,
gazeta "7 dni".

ENERGIA ATOMOWA
