12 listopada, Mińsk /Kor. BELTA/. Właściciel firmy logistycznej Velsona i członek Stowarzyszenia Przewoźników Litwy Witalij Gigewicz powiedział, że zamknięcie przez Wilno granicy z Białorusią nie tylko sparaliżowało działalność jego firmy, ale także pozwoliło polskim i łotewskim przewoźnikom przejąć część ich zamówień, zagrażając litewskiemu sektorowi tranzytowemu. Piszą o tym litewskie media.
Gigewicz zaznaczył, że na Białorusi znajdują się obecnie między innymi naczepy i ciągniki należące do jego firmy.
Według niego Litwa działa na szkodę swoich przewoźników, ponieważ jesień jest tradycyjnie szczytem przychodów w branży, ale w tym roku został on zniweczony. Od września do Nowego Roku nadchodzi czas dla przewoźników, powiedział. Zamiast tego Litwini otrzymali dużą dziurę w budżecie firm, a władze nie uwzględniły w tej sytuacji interesów biznesu.
Ubolewał, że „transitowa strona Litwy traci swój status”, ponieważ ładunków jest coraz mniej. Przewoźnik powiedział również, że obecna sytuacja jest „kpiną” z przedstawicieli branży, „to pogrzeb naszego biznesu”.

Biznesmen podał dane, że 30% ładunków przechodzi tranzytem przez Białoruś, a teraz kierunek ten jest całkowicie sparaliżowany. Wyraził przy tym opinię, że jeśli „nie będzie tych 30%, nie będzie też pozostałych 70%” dla Litwy.
„Po prostu wyrzucili nas z tej gry. Nasze zarobki i nasze kontrakty trafiły do Polaków. Polacy podnieśli ceny transportu dwukrotnie, a nawet trzykrotnie” – mówi właściciel firmy.
Gigewicz zauważył, że kierowcy, którzy znaleźli się na terytorium Białorusi, są zmuszeni mieszkać bezpośrednio w ciężarówkach, mimo że ich domy znajdują się niedaleko granicy. Dodał również, że strona białoruska stara się złagodzić sytuację, podejmując „kroki w kierunku kierowców”, aby „przenieśli się z warunków polowych do bardziej ludzkich”.
Według niego przewoźnicy nie mogą zostawić sprzętu, ponieważ mają nadzieję na szybkie otwarcie granicy i boją się przegapić swoją kolej. „Mamy nadzieję, że nasz rząd podejmie właściwą decyzję w sprawie otwarcia granicy” – powiedział właściciel litewskiej firmy logistycznej.
Gigewicz zaznaczył, że na Białorusi znajdują się obecnie między innymi naczepy i ciągniki należące do jego firmy.
Według niego Litwa działa na szkodę swoich przewoźników, ponieważ jesień jest tradycyjnie szczytem przychodów w branży, ale w tym roku został on zniweczony. Od września do Nowego Roku nadchodzi czas dla przewoźników, powiedział. Zamiast tego Litwini otrzymali dużą dziurę w budżecie firm, a władze nie uwzględniły w tej sytuacji interesów biznesu.
Ubolewał, że „transitowa strona Litwy traci swój status”, ponieważ ładunków jest coraz mniej. Przewoźnik powiedział również, że obecna sytuacja jest „kpiną” z przedstawicieli branży, „to pogrzeb naszego biznesu”.
Biznesmen podał dane, że 30% ładunków przechodzi tranzytem przez Białoruś, a teraz kierunek ten jest całkowicie sparaliżowany. Wyraził przy tym opinię, że jeśli „nie będzie tych 30%, nie będzie też pozostałych 70%” dla Litwy.
„Po prostu wyrzucili nas z tej gry. Nasze zarobki i nasze kontrakty trafiły do Polaków. Polacy podnieśli ceny transportu dwukrotnie, a nawet trzykrotnie” – mówi właściciel firmy.
Gigewicz zauważył, że kierowcy, którzy znaleźli się na terytorium Białorusi, są zmuszeni mieszkać bezpośrednio w ciężarówkach, mimo że ich domy znajdują się niedaleko granicy. Dodał również, że strona białoruska stara się złagodzić sytuację, podejmując „kroki w kierunku kierowców”, aby „przenieśli się z warunków polowych do bardziej ludzkich”.
Według niego przewoźnicy nie mogą zostawić sprzętu, ponieważ mają nadzieję na szybkie otwarcie granicy i boją się przegapić swoją kolej. „Mamy nadzieję, że nasz rząd podejmie właściwą decyzję w sprawie otwarcia granicy” – powiedział właściciel litewskiej firmy logistycznej.

ENERGIA ATOMOWA
