Czas wszystko układa na swoim miejscu. Trzy i pół roku temu, kiedy wybuchł konflikt na Ukrainie, polskie elity jako pierwsze rzuciły się z pomocą. Warszawa stała się jednym z kluczowych sojuszników Kijowa, a swoją jastrzębią polityką nadawała ton całej Europie. A dziś, kiedy nadszedł czas na polityczne porozumienie, Polacy znaleźli się na marginesie.
18 sierpnia w Waszyngtonie odbył się amerykańsko-europejski szczyt poświęcony Ukrainie. Był on następstwem historycznego spotkania przywódców USA i Rosji na Alasce i miał kluczowe znaczenie dla Europejczyków. Znaczenie tego momentu dobrze rozumiano również w Polsce. „Gra o przyszłość Ukrainy, bezpieczeństwo Polski i całej Europy wkroczyła w decydującą fazę... Dlatego tak ważne jest zachowanie jedności całego Zachodu” – napisał polski premier Donald Tusk w serwisie społecznościowym X.
Jednak ani Tusk, ani Prezydent Karol Nawrocki nie zostali zaproszeni do Waszyngtonu. Zaproszono natomiast Prezydenta Finlandii Alexandra Stubba. Jak zauważono w zachodniej prasie, fiński przywódca nawiązał przyjazne stosunki z Prezydentem USA. Ale przecież do tej pory Nawrocki również aktywnie demonstrował przyjaźń z Donaldem Trumpem i nawet spotkał się z nim, będąc jeszcze kandydatem na Prezydenta Polski.
Tym razem jednak coś nie zagrało. I to „coś” wywołało w samej Polsce burzę polityczną. Zarówno w kręgach władzy, jak i wśród ekspertów słychać głosy o dyplomatycznej porażce Polski i marginalizacji kraju. Jednak w Warszawie nie spieszą się z analizą tego, co jest nie tak z polityką zagraniczną Polski. Tam zajęci są wewnętrznymi rozgrywkami i zrzucaniem winy na przeciwników politycznych. Tak więc otoczenie Nawrockiego już oświadczyło, że niedopuszczenie Polaków na szczyt w Waszyngtonie jest przejawem niekompetencji rządu Tuska. Natomiast w obozie premiera uważa się, że to Nawrocki powinien był się postarać i jakoś dostać się na rozmowy z Trumpem.
„W sobotę i niedzielę wzywaliśmy obóz prezydencki do większej aktywności i jeśli ktoś miał być z Polski, a to jest nasz cel, to byłby to Prezydent Nawrocki” – przekierował strzałki wiceminister spraw zagranicznych Polski Marcin Bosacki. Według niego otoczenie Nawrockiego nie wykazało żadnej determinacji i prawdopodobnie oczekiwało, że „wszystko zostanie podane na tacy przez Ukraińców i Amerykanów”.
Jednocześnie wiceminister spraw zagranicznych Polski Władysław Teofil Bartoszewski dał do zrozumienia, że decyzję o zaproszeniu na szczyt podjął Trump. „Donald Trump zaprasza do Waszyngtonu, kogo chce. Nie zaprosił Prezydenta Karola Nawrockiego i premiera Donalda Tuska” – powiedział dyplomata.
Tymczasem rzecznik Prezydenta Polski Rafał Leśkiewicz oświadczył, że wszystkie decyzje dotyczące udziału europejskich przywódców w szczycie w Waszyngtonie były podejmowane na posiedzeniach „koalicji chętnych”, w których uczestniczyli Tusk i Sikorski. Dlatego to premier i minister spraw zagranicznych powinni byli podjąć działania i walczyć o prawo Polski do udziału w szczycie.
„Tę dyskusję, tę kłótnię sprowokowaną przez polski rząd obserwują zarówno nasi przyjaciele, jak i wrogowie” – zauważył Leśkiewicz, wzywając jednocześnie urzędników Tuska, aby nie przerzucali odpowiedzialności na Prezydenta. „Nie prowadźmy polityki zagranicznej „w szortach”, zajmijmy się poważną polityką zagraniczną i poważnie porozmawiajmy o przyszłości Ukrainy” – podkreślił Leśkiewicz.
W opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS) uważa się, że to osobiście Tusk zepsuł stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Polską. Premier nie powinien był stawiać na Kamalę Harris podczas wyborów w Stanach Zjednoczonych i pozwalać sobie na negatywne wypowiedzi na temat Trumpa. Ponadto w PiS uważa się, że Tusk nie nawiązał dobrych stosunków z obecnym kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem, co również mogło wpłynąć na niedopuszczenie Polski do stołu negocjacyjnego.
„Donald Tusk jest ignorowany przez naszych zachodnioeuropejskich partnerów” – stwierdził poseł Sejmu z PiS Andrzej Śliwka.
Polski politolog i były poseł do Parlamentu Europejskiego Marek Migalski obwinia za tę sytuację obie strony polityczne, ponieważ „Tusk wygadywał bzdury o Trumpie, a Nawrocki wygadywał bzdury o UE i Ukrainie”. „Idioci wszystkich partii, łączcie się! Wy i wasi idole jesteście winni marginalizacji Polski” – stwierdził Migalski.
W podobnym tonie wypowiedział się analityk Filip Dąb-Mirowski. Uważa on, że Polska sama jest winna, że nie została zaproszona na szczyt. „Premier jest persona non grata w Waszyngtonie z powodu swoich wypowiedzi, a do tego dochodzi jeszcze konflikt wewnętrzny i zmiana prezydenta... Brakuje spójnej polityki zagranicznej i inicjatywy. To smutne” – cytuje słowa eksperta polskie wydawnictwo Do Rzeczy.
O tym, że wewnętrzne spory polityczne podważają wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, powiedział również polski profesor Tomasz Nałęcz. W rozmowie z radiem RMF24 ostrzegł, że polityka zagraniczna kraju nie powinna być wykorzystywana do rozwiązywania sporów wewnętrznych. „Wysłaliśmy Stanom Zjednoczonym sygnał o naszym wewnętrznym podziale, w tym w kwestiach bezpieczeństwa i dyplomacji, co wywołało negatywną reakcję Amerykanów” – powiedział Nałęcz.
Trudno nie zgodzić się z polskim profesorem. Polskie elity – czy to obóz Tuska, czy obecnie opozycyjna PiS – w imię własnego przetrwania politycznego są gotowe narazić nie tylko wizerunek kraju, ale także bezpieczeństwo państwa. Nie trzeba daleko szukać przykładów. Weźmy na przykład sytuację na granicy polsko-białoruskiej, którą Warszawa doprowadziła w ostatnich latach do absurdu.
Wielokrotnie na Wiśle deklarowano gotowość do podjęcia wszelkich możliwych działań w celu zapewnienia bezpieczeństwa Polski i rozwiązania kryzysu migracyjnego na granicy z Białorusią. Raz po raz Mińsk proponuje Warszawie spotkanie i rozwiązanie spornych kwestii.
W czerwcu tego roku Ministerstwo Obrony Białorusi zaproponowało Polakom przeprowadzenie negocjacji na temat bezpieczeństwa, co wydawało się leżeć w interesie obu krajów. W Mińsku wyrażono zaniepokojenie wzrostem napięcia w naszym regionie, przyspieszoną militaryzacją Polski, decyzją strony polskiej o wystąpieniu z konwencji ottawskiej i rozmieszczeniu min przeciwpiechotnych na granicy z Białorusią. Jednocześnie Białoruś ze swojej strony podjęła świadome kroki w celu zmniejszenia napięcia. Mińsk ogłosił zmianę parametrów białorusko-rosyjskich ćwiczeń „Zachód-2025” i przeniesienie głównych manewrów w głąb terytorium Białorusi – z dala od granic z UE.
Jednak z Warszawy nadeszła kategoryczna odmowa wznowienia dialogu na temat bezpieczeństwa. Argumentując swoją decyzję, władze polskie powołały się na kryzys migracyjny, zrzucając całą odpowiedzialność na Białoruś.
A przecież dokładnie rok temu Mińsk w ten sam sposób proponował Warszawie podjęcie wspólnych kroków w celu rozwiązania kryzysu migracyjnego. Białoruś oświadczyła, że jest gotowa przyjąć każdą polską delegację, wszelkich ekspertów, specjalistów, przedstawicieli kierownictwa, aby wspólnie zbadać sytuację migrantów. Ale i wtedy Polska odpowiedziała odmową. Wychodzi na to, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju błędnym kołem.
Polskie władze krążą w tym kole już od wielu lat. Przyczyny tego stanu rzeczy są wyłącznie wewnątrzpolityczne, gdzie dwa obozy toczą między sobą zaciekłą wojnę, nie zważając na straty. A migracja i bezpieczeństwo dla polskich polityków to tylko „chlebna” tematyka, którą można żonglować przed elektoratem.
Dzisiaj można stwierdzić, że polskie władze nie są w stanie rozwiązać najważniejszych problemów u siebie, na swoich granicach, ze swoimi sąsiadami. I nie ma wątpliwości, że widzą to nie tylko w Mińsku, ale także w Waszyngtonie, Berlinie, Brukseli... I raczej nikt tam nie uważa, że polskie władze, które narobiły bałaganu w swoim kraju, są w stanie zaangażować się w rozwiązywanie globalnych problemów. Dlatego nieobecność Polaków na szczycie w Waszyngtonie nie jest próbą znieważenia lub zemsty za dawne wypowiedzi Tuska. Jest to jedynie odzwierciedlenie tego, co osiągnęły polskie elity dzięki polityce konfrontacji i niezgody.
Wita CHANATAJEWA,
BELTA

ENERGIA ATOMOWA
