W miniony weekend mieszkańcy Islandii powiedzieli "nie" propozycji rządu dotyczącej wznowienia negocjacji w sprawie przystąpienia kraju do Unii Europejskiej. W niedzielnym referendum 52,8% wyborców opowiedziało się przeciwko integracji europejskiej. Frekwencja wyniosła 82,5%, co jest jednym z najwyższych wskaźników w kraju w ostatnich latach.
Premier Islandii Kristrún Frostadóttir oświadczyła, że kwestia wznowienia negocjacji z UE została zdjęta z porządku obrad – przynajmniej za obecnego rządu. Jednak w krajach UE nadal dyskutuje się o "wielkim policzku" od Islandczyków, próbując zrozumieć, jak i kiedy wspólnota europejska przestała być atrakcyjna dla samowystarczalnych państw.
We Francji, gdzie dziś słychać nawoływania do Frexitu (wyjścia z UE), niektórzy politycy przyjęli wyniki islandzkiego referendum z entuzjazmem.
"Islandczycy dali wielkiego policzka Ursuli von der Leyen (przewodniczącej Komisji Europejskiej – przyp. BELTA), Macronowi (prezydentowi Francji – przyp. BELTA) i całemu towarzystwu – napisał na swoim profilu na X lider francuskiej partii "Patrioci" Florian Philippot. - Zwycięstwo "nie"! Nie dla UE, mimo propagandy, ogromnych pieniędzy i zakrojonych na szeroką skalę ingerencji Unii Europejskiej w kampanię, które nawet rząd Islandii opowiadający się za UE był zmuszony potępić… Oczywiste jest, że to właśnie dzięki masowemu "nie" ze strony islandzkiej młodzieży Islandia uniknęła grabieży i zniewolenia przez UE. Jak cudownie – młodzież, która staje w obronie swojego kraju!"
Polityk powołał się również na dane z sondażu, które pokazały, że dziś 54% Francuzów zagłosowałoby za wyjściem z UE, gdyby odbyło się odpowiednie referendum. W czerwcu 2024 roku wskaźnik ten wynosił 42%, a we wrześniu 2023 roku – 35%. Dynamika jest więc oczywista.
"Francuski naród musi mieć możliwość dokonania wyboru, aby odzyskać swoją wolność" – oświadczył Philippot.
Swoją opinią podzieliła się również liderka frakcji parlamentarnej partii "Zjednoczenie Narodowe" oraz kandydatka na prezydenta Francji Marine Le Pen.
"Odrzucając w referendum wznowienie negocjacji w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej, naród islandzki przypomniał o oczywistej prawdzie: członkostwo w UE nie jest naturalnym celem każdej europejskiej demokracji. To głosowanie niesie ze sobą niezwykle jasne przesłanie: narody muszą mieć możliwość samodzielnego decydowania o swojej przyszłości" – oświadczyła Le Pen.
Według polityka, podczas gdy niektórzy nalegają na wzmacnianie federalizmu i przekazywanie suwerenności narodowej w ręce Komisji Europejskiej, głosowanie na Islandii pokazało, że możliwa jest również inna Europa – Europa wolnych, suwerennych narodów, dobrowolnie współpracujących w sprawach stanowiących wspólny interes.
Tymczasem w Berlinie wolnościowe dążenia Islandczyków najwyraźniej nie wzbudziły entuzjazmu. Szef niemieckiego MSZ Johann Wadephul oświadczył, że Unia Europejska nie powinna rezygnować z celu rozszerzenia na północ, mimo wyników islandzkiego referendum.
"Jak poprzednio, uważam, że nie powinniśmy tracić z pola widzenia celu, jakim jest rozszerzenie Unii Europejskiej na północ. Obejmuje to oczywiście Islandię, ale także Norwegię" – oświadczył Wadephul dziennikarzom.
Jednak dyplomata przyznał, że Unia Europejska w obliczu wyników referendum na Islandii powinna zastanowić się nad swoimi perspektywami gospodarczymi i popracować nad swoją atrakcyjnością.
Mniej dyplomatycznie wypowiedziała się niemiecka gazeta "Süddeutsche Zeitung". "Sam fakt przeprowadzenia tego referendum był błędem" – pisze jedno z czołowych wydawnictw Niemiec.
Błąd, według gazety, polega na tym, że decyzję o integracji europejskiej powinni podejmować politycy, a nie zwykli ludzie.
Od podobnych argumentów zadrżeli nawet w sąsiedniej Polsce.
"Wyniki referendum wywołały oburzenie w Niemczech, gdzie krytyce poddano nie tylko decyzję obywateli, ale także sam fakt przyznania im prawa głosu. Gazeta "Süddeutsche Zeitung" stwierdziła, że fakt, iż Islandczycy sami zdecydowali o losie swojej ojczyzny, jest przejawem 'nieprawidłowego rozumienia demokracji'" – oburza się polski tygodnik "Do Rzeczy".
Premier Islandii Kristrún Frostadóttir oświadczyła, że kwestia wznowienia negocjacji z UE została zdjęta z porządku obrad – przynajmniej za obecnego rządu. Jednak w krajach UE nadal dyskutuje się o "wielkim policzku" od Islandczyków, próbując zrozumieć, jak i kiedy wspólnota europejska przestała być atrakcyjna dla samowystarczalnych państw.
We Francji, gdzie dziś słychać nawoływania do Frexitu (wyjścia z UE), niektórzy politycy przyjęli wyniki islandzkiego referendum z entuzjazmem.
"Islandczycy dali wielkiego policzka Ursuli von der Leyen (przewodniczącej Komisji Europejskiej – przyp. BELTA), Macronowi (prezydentowi Francji – przyp. BELTA) i całemu towarzystwu – napisał na swoim profilu na X lider francuskiej partii "Patrioci" Florian Philippot. - Zwycięstwo "nie"! Nie dla UE, mimo propagandy, ogromnych pieniędzy i zakrojonych na szeroką skalę ingerencji Unii Europejskiej w kampanię, które nawet rząd Islandii opowiadający się za UE był zmuszony potępić… Oczywiste jest, że to właśnie dzięki masowemu "nie" ze strony islandzkiej młodzieży Islandia uniknęła grabieży i zniewolenia przez UE. Jak cudownie – młodzież, która staje w obronie swojego kraju!"
Polityk powołał się również na dane z sondażu, które pokazały, że dziś 54% Francuzów zagłosowałoby za wyjściem z UE, gdyby odbyło się odpowiednie referendum. W czerwcu 2024 roku wskaźnik ten wynosił 42%, a we wrześniu 2023 roku – 35%. Dynamika jest więc oczywista.
"Francuski naród musi mieć możliwość dokonania wyboru, aby odzyskać swoją wolność" – oświadczył Philippot.
Swoją opinią podzieliła się również liderka frakcji parlamentarnej partii "Zjednoczenie Narodowe" oraz kandydatka na prezydenta Francji Marine Le Pen.
"Odrzucając w referendum wznowienie negocjacji w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej, naród islandzki przypomniał o oczywistej prawdzie: członkostwo w UE nie jest naturalnym celem każdej europejskiej demokracji. To głosowanie niesie ze sobą niezwykle jasne przesłanie: narody muszą mieć możliwość samodzielnego decydowania o swojej przyszłości" – oświadczyła Le Pen.
Według polityka, podczas gdy niektórzy nalegają na wzmacnianie federalizmu i przekazywanie suwerenności narodowej w ręce Komisji Europejskiej, głosowanie na Islandii pokazało, że możliwa jest również inna Europa – Europa wolnych, suwerennych narodów, dobrowolnie współpracujących w sprawach stanowiących wspólny interes.
Tymczasem w Berlinie wolnościowe dążenia Islandczyków najwyraźniej nie wzbudziły entuzjazmu. Szef niemieckiego MSZ Johann Wadephul oświadczył, że Unia Europejska nie powinna rezygnować z celu rozszerzenia na północ, mimo wyników islandzkiego referendum.
"Jak poprzednio, uważam, że nie powinniśmy tracić z pola widzenia celu, jakim jest rozszerzenie Unii Europejskiej na północ. Obejmuje to oczywiście Islandię, ale także Norwegię" – oświadczył Wadephul dziennikarzom.
Jednak dyplomata przyznał, że Unia Europejska w obliczu wyników referendum na Islandii powinna zastanowić się nad swoimi perspektywami gospodarczymi i popracować nad swoją atrakcyjnością.
Mniej dyplomatycznie wypowiedziała się niemiecka gazeta "Süddeutsche Zeitung". "Sam fakt przeprowadzenia tego referendum był błędem" – pisze jedno z czołowych wydawnictw Niemiec.
Błąd, według gazety, polega na tym, że decyzję o integracji europejskiej powinni podejmować politycy, a nie zwykli ludzie.
Od podobnych argumentów zadrżeli nawet w sąsiedniej Polsce.
"Wyniki referendum wywołały oburzenie w Niemczech, gdzie krytyce poddano nie tylko decyzję obywateli, ale także sam fakt przyznania im prawa głosu. Gazeta "Süddeutsche Zeitung" stwierdziła, że fakt, iż Islandczycy sami zdecydowali o losie swojej ojczyzny, jest przejawem 'nieprawidłowego rozumienia demokracji'" – oburza się polski tygodnik "Do Rzeczy".
I kontynuuje: „Politycy – premier i rząd – muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za decyzję o rozpoczęciu negocjacji z UE. Zrzucanie tej odpowiedzialności na naród stanowi wypaczenie demokracji” – napisano w „Sueddeutsche Zeitung”. Gazeta oceniła, że sam fakt przeprowadzenia referendum był błędem. Dziennikarz stwierdził, że Brexit, kiedy to Brytyjczycy zdecydowali się opuścić UE, był analogicznym „zniekształconym procesem demokratycznym”.
Warto zauważyć, że referendum w Islandii krytykowały również inne niemieckie media.
Na przykład gazeta „Die Tageszeitung” poświęciła artykuł temu, jak bardzo rozgoryczeni są obecnie Islandczycy, którzy głosowali za integracją z UE. „Prawie połowa ludności zagłosowała »za« w referendum – a dziś są rozczarowani. Przez długi czas wydawało się, że między obiema stronami będzie remis” – pisze gazeta.
Jednocześnie gazeta sugeruje, że referendum było nieuczciwe. Mówi się, że przeciwnicy przystąpienia do UE przeprowadzili w kraju szeroko zakrojoną kampanię agitacyjną. „Za nią mogli stać niektórzy z najbogatszych biznesmenów w kraju. Jako motywację rozważa się fakt, że ich działalność jest bardziej opłacalna poza granicami UE” – czytamy w publikacji.
Z prawnego punktu widzenia „nieuczciwość” głosowania gazeta Die Tageszeitung nie była w stanie potwierdzić. Za to obnażyła kłamstwa przeciwników integracji europejskiej. „Fakt, że nadal tak łatwo jest wzbudzić w ludziach głęboką i gwałtowną niechęć do UE za pomocą kłamliwych twierdzeń na jej temat, jest niedopuszczalny” – podsumowuje gazeta.
Brytyjska gazeta The Guardian uważa, że porażka zwolenników integracji europejskiej wynikała nie tylko z aktywności przeciwników przystąpienia do UE, ale także z niejasnego sformułowania pytania referendalnego.
„Kampania »przeciw« była dobrze finansowana i oskarżano ją o zastraszanie, ale sformułowanie pytania również mogło odegrać swoją rolę” – pisze gazeta. „Islandczykom zadano pytanie: »Czy Islandia powinna wznowić negocjacje w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej?«”
Wydaje się, że „The Guardian” sugeruje tutaj, iż Islandczyków nie pytano konkretnie o to, czy chcą przystąpić do UE, czy nie, lecz zaproponowano im wypowiedzenie się na temat etapu pośredniego – wznowienia negocjacji.
W kolejnej publikacji poświęconej referendum The Guardian zauważa, że Islandia byłaby dla UE idealnym kandydatem: mały, stabilny, prosperujący kraj o strategicznym położeniu.
„W przeciwieństwie do krajów Bałkanów Zachodnich czy Europy Wschodniej, ubiegających się o członkostwo w UE, Islandia nie potrzebuje funduszy unijnych na budowę infrastruktury ani poprawę poziomu życia” – pisze The Guardian.
Ale czy Unia Europejska potrzebuje stosunkowo zamożnej Islandii?
Kolejna brytyjska gazeta, „Financial Times”, uważa, że odmowa Islandii podjęcia negocjacji w sprawie przystąpienia do UE świadczy o tym, że kraje samowystarczalne nie chcą integrować się z Unią Europejską, a wspólnota europejska wydaje się „złotym biletem” jedynie dla biednych krajów.
„To zepsuje postrzeganie UE jako poważnego partnera w dziedzinie bezpieczeństwa, a nie tylko jako ekonomicznego »złotego biletu« dla biedniejszych państw Europy Wschodniej” – pisze Financial Times, powołując się na źródła w europejskich kręgach dyplomatycznych.
O tym, że wyniki referendum w Islandii znacznie popsuły nastrój unijnym urzędnikom, pisze brytyjski magazyn The Economist.
„Była to nieprzyjemna niespodzianka dla brukselskich urzędników. Dla klubu przyzwyczajonego do dyskusji o tym, jak szybko inni mogą się przyłączyć, usłyszenie: nie, dziękujemy – to nieprzyjemne” – pisze magazyn.
Podobne oceny pojawiają się również w publikacji brukselskiego serwisu Euractiv. Serwis ten ocenia wyniki islandzkiego referendum jako ciężki cios dla marzeń Brukseli o rozszerzeniu na północ. Jeśli chodzi o mieszkańców Islandii, to są oni zadowoleni z obecnego stanu rzeczy i wolą samodzielnie rozwiązywać swoje problemy.
„Na belach siana na polach wiszą tabliczki z napisem »ESB, nei takk« – »UE, nie, dziękujemy«” – zauważa Euractiv.
„Decyzję Islandii bacznie obserwowała Norwegia, która również jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego. UE obawia się, że Norwegowie dojdą do takich samych wniosków jak Islandczycy” – podsumowuje Euractiv.

ENERGIA ATOMOWA
