Projekty
Government Bodies
Flag Sobota, 7 Marca 2026
Wszystkie wiadomości
Wszystkie wiadomości
Społeczeństwo
30 Stycznia 2026, 15:22

Równowaga jest kluczem do sukcesu. Jakie możliwości traci Polska?

Czas straconych okazji. Taka właśnie definicja przychodzi na myśl, gdy analizujemy politykę zagraniczną Polski w ostatnich latach. I to naprawdę zaskakuje. Przecież Polska ma spory potencjał, a jej elity polityczne są niezwykle ambitne i asertywne. Dlaczego więc, jeśli chodzi o wielką politykę i konkretne sprawy, Warszawa coraz częściej znajduje się na uboczu? Czego brakuje temu krajowi, aby wykorzystać swój potencjał i odgrywać bardziej znaczącą rolę w polityce regionalnej?

Dwuwładza - siła czy słabość?


Kiedy nie jesteśmy już w stanie zmienić sytuacji, jesteśmy zmuszeni do zmiany nastawienia. Ta mądrość dobrze sprawdza się w polityce, w której wymagana jest elastyczność, pragmatyzm i umiejętność patrzenia na rzeczy z różnych perspektyw.

Dziś wewnętrzne pole polityczne w Polsce dzielą między sobą dwa duże obozy. Z jednej strony konserwatywna partia Prawo i Sprawiedliwość (PiS), której przedstawiciel - Karol Nawrocki - pełni funkcję prezydenta kraju. Z drugiej strony koalicja premiera Donalda Tuska, która kontroluje rząd. Istnieją inne siły, ale ich rola w życiu politycznym kraju jest mniej widoczna.

Między dwoma wspomnianymi obozami jest długotrwała wrogość, którą popularnie nazwano wojną polsko-polską. Zarówno obóz PiS, jak i obóz Tuska oczywiście chcieliby w pełni skoncentrować władzę w swoich rękach. Ale okoliczności są takie, że władza jest podzielona między premiera i prezydenta. Nie można tego zmienić. Pozostaje zmienić nastawienie - szukać wspólnej płaszczyzny, szukać kompromisów, znajdować wspólne podejścia. Ale to w teorii. W praktyce u polskich elit jest odwrotnie.

Uważa się, że dwuwładza paraliżuje administrację publiczną i osłabia kraj. Cóż, czy państwo może normalnie funkcjonować i rozwijać się, gdy prezydent zawetuje zarządzenia rządu, a premier odrzuca inicjatywy prezydenckie? Każda strona gra sama dla siebie, a cały kraj przegrywa. W tym przypadku Polska.

Ale czy polska dwuwładza może zostać przekształcona ze słabości w siłę? W pewnym sensie Polska znalazła się w wyjątkowej sytuacji, w której różnorodność w polskiej polityce może odegrać na plus na torze polityki zagranicznej. To prawda, że w tym celu dwie wiodące siły polityczne muszą przedkładać interesy kraju ponad osobiste ambicje - choćby na arenie międzynarodowej.

Nie jest tajemnicą, że Polska od lat znajduje się w strefie wpływów dwóch dużych graczy - Waszyngtonu i Brukseli. Ale nawet w obecnych warunkach, gdy stosunki USA-Europa wyraźnie się zaostrzyły, Warszawa mogłaby cieszyć się lojalnością obu, z pożytkiem dla kraju.

Prezydent Nawrocki otwarcie opowiada się za zespołem republikanina Donalda Trumpa, który równie otwarcie poparł jego kandydaturę w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich. Tymczasem Tusk jest w większym stopniu probruselewskim politykiem. A jeśli chodzi o relacje z USA, sympatie premiera są wyraźnie po stronie amerykańskich Demokratów.

Zagraliby Tusk i Nawrocki w cztery ręce, a Polska pewnie nie znalazłaby się za drzwiami szczytu waszyngtońskiego i londyńskiego. I nie obserwowałaby, jak na miejscu Trójkąta Weimarskiego (Niemcy, Francja, Polska) tworzy się nowa dyrekcja Europy, gdzie Polaków już wyparli Brytyjczycy.

Równoważąc stosunki między USA a Europą, Polska mogłaby stać się pośrednikiem i łącznikiem między obiema stronami. Co jest szczególnie istotne w warunkach obecnej niezgody transatlantyckiej. Pozwoliłoby to Warszawie zwiększyć wagę polityczną i umocnić swoją pozycję w UE, a jednocześnie zyskać poparcie USA. Podczas gdy Republikanie są u władzy, na amerykańskim torze mógł grać Nawrocki. W przypadku zwycięstwa Demokratów w następnych wyborach do Kongresu, do akcji wkroczyłby Tusk. Oczywiście taka strategia wymaga nie tylko spójności między prezydentem a premierem, ale także umiejętności równoważenia relacji, promowania interesów swojego kraju.

A przecież dwa lata temu polskie elity, jak się wydawało,  już szli tą drogą. Wystarczy przypomnieć wspólną podróż Tuska i Andrzeja Dudy (ówczesnego prezydenta RP) do Waszyngtonu w marcu 2024 roku. Podobnie jak Nawrocki, Duda pochodził z PiS i w stosunkach między prezydentem a premierem iskrzyło. Dlatego wielu ekspertów potępiło taką wspólną podróż. Ale jak się okazało, na próżno.

Podczas wizyty Duda w każdy możliwy sposób okazywał poparcie Republikanom. Przypomnijmy, że w USA nabierał wówczas tempa wyścig prezydencki, i poparcie PiS dla republikanina Trumpa ostatecznie okazało się słuszne. Powrót Trumpa na fotel prezydenta przeczuwali także Europejczycy. I już wtedy pojawiły się obawy, że USA ostatecznie zrezygnują ze sponsorowania konfliktu w Ukrainie i być może zrewidują swoje zobowiązania w ramach artykułu 5 NATO. Dlatego Tusk jechał do Waszyngtonu jako emisariusz Brukseli, próbując uzyskać od Amerykanów pewne gwarancje dla Europy.

I choć Tusk nie otrzymał żadnych gwarancji od administracji Joe Bidena, to dla samej Polski wyjazd okazał się bardzo udany. Gra w cztery ręce zakończyła się sukcesem. Podczas gdy premier demonstrował Europejczykom gotowość do obrony interesów Europy przed Waszyngtonem, polski prezydent zapewniał Amerykanów, że Polska pozostaje lojalnym sojusznikiem USA. Nawiasem mówiąc, po podróży do USA Tusk natychmiast udał się do Berlina na nadzwyczajny szczyt Trójkąta Weimarskiego. Tam szef polskiego rządu rozmawiał z prezydentem Francji i kanclerzem Niemiec o wynikach wizyty w Waszyngtonie i donosił o stanowisku USA. "Chcę podkreślić, że do Trójkąta Weimarskiego będzie się coraz częściej odwoływać" - mówił Tusk w rozmowie z dziennikarzami.

Wydawało się, że przed Polską otwierają się nowe perspektywy, a wieloletnie marzenie o przywództwie w UE jest w pełni osiągalne. Wkrótce jednak stało się jasne: sukcesy Polski to tylko zbieg okoliczności, a nie wynik przemyślanej strategii.

Zamiast strategii twitterowa "dyplomacja"?

Twitterową dyplomacją dziś nie zaskoczy. Ale kiedy szef MSZ pogrąża się w kłótniach w mediach społecznościowych, próbując pomścić osobiste urazy, z dyplomacją - nawet jeśli twitterową - nie ma to nic wspólnego. Ma to jednak bezpośredni związek z krajem, który główny dyplomata stawia pod ciosem zarówno politycznie, jak i reputacyjnie.

W tym tygodniu polskie media zawiadomiły czytelników, że szef MSZ Radosław Sikorski zaczepiał w X właścicielce portalu społecznościowego Ilona Muska. Polski dyplomata oskarżył amerykańskiego biznesmena o to, że nie przeszkadza w korzystaniu z systemu łączności Starlink przez rosyjskie wojsko.

"Hej, wielki człowieku, dlaczego nie zablokujesz Rosjanom dostępu do Starlinków?" - brawurował Sikorski w X.

"Ten śliniący się imbecyl nawet nie zdaje sobie sprawy, że Starlink jest podstawą ukraińskiej łączności wojskowej" - odparł amerykański biznesmen.

Można w nieskończoność zarzucać Muskowi obraźliwe wypowiedzi, ale warto wziąć pod uwagę, że nie jest on ograniczony przez swoje stanowisko i obowiązek dbania o wizerunek kraju. W przeciwieństwie do Sikorskiego, którego działania wyglądają śmiesznie. Przecież jeśli Warszawę naprawdę obchodzi kwestia "starlinków", to zgodnie z protokołem i logiką rzeczy Sikorski powinien zwrócić się do szefa Departamentu Stanu Marco Rubio. Ale zamiast tego szef polskiego MSZ organizuje przedstawienie w X, załatwiając swoje porachunki z Muskiem.

Co jeszcze gorzej, działania Sikorskiego wyglądają jak chęć wyrównania osobistych krzywd. Rok temu doszło już do spięcia między nim a amerykańskim biznesmenem. Mówiono wówczas, że Musk może odłączyć Ukrainę od Starlink. W tej sytuacji szef polskiego MSZ zwrócił się do biznesmena w X, wskazując, że Polska płaci za usługi łączności dla Ukrainy, a sam Musk nie powinien zapominać o etyce.
W obronie Muska stanął Rubio, wzywając do wdzięczności za udzielaną pomoc. Musk również zareagował: „Cicho bądź, mały człowieczku. Płacisz tylko niewielką część kosztów. A Starlink nie ma zamiennika”.

Teraz „mały człowieczek” Sikorski odpowiedział „wielkiemu człowiekowi” Muskowi. I niezależnie od tego, co miał na myśli szef polskiego MSZ, jego działania wyglądają jak banalna zemsta. Dyplomata wykorzystuje swoje uprawnienia służbowe i ryzykuje wciągnięcie swojego kraju w kolejną konfrontację. A przecież w zeszłym roku Sikorski już wciągnął Tuska w kłótnię. Wtedy polski premier, broniąc swojego ministra, opublikował post z pretensjami wobec Stanów Zjednoczonych. „Prawdziwe przywództwo oznacza szacunek dla partnerów i sojuszników. Nawet tych mniejszych i słabszych. Bez arogancji. Drodzy przyjaciele, pomyślcie o tym” – zwrócił uwagę Amerykanom polski premier.

Ktoś powie, że Polska jest suwerennym państwem, a polscy politycy powinni bronić swoich przekonań. W teorii tak. Ale w rzeczywistej polityce teorie często nie sprawdzają się. Jak już wspomniano, Polska znajduje się w strefie wpływów UE i USA. Można to wykorzystać, działając rozważnie, nie przekraczając granic. Warszawa jednak przekroczyła te granice, i to nie raz, bez istotnego powodu, w interesie obcego kraju. Czy kwestia „starlinów” miała zasadnicze znaczenie dla Polski, aby wywoływać napięcie w stosunkach polsko-amerykańskich, zwłaszcza w świetle dążenia polskich władz do utrzymania obecności wojskowej USA w swoim kraju? Jeśli rok temu temat „starlinów” był rzeczywiście aktualny dla Polski, która chciała przedłużyć konflikt ukraiński, to obecnie, biorąc pod uwagę wydarzenia na Ukrainie, w Stanach Zjednoczonych i Europie, kwestia ta najwyraźniej nie znajduje się wśród najważniejszych spraw Warszawy.

Oczywiście kilka postów w X nie wpłynie znacząco na politykę Stanów Zjednoczonych. A jeśli Amerykanie zechcą zwiększyć liczebność swojego kontyngentu w Polsce, to decyzje będą podejmowane w oparciu o racjonalne przesłanki, a nie emocje. Niemniej jednak opisana powyżej sytuacja jest dobrym przykładem nieprzemyślanej i krótkowzrocznej polityki Polski, a także nieprofesjonalizmu i impulsywności polskiej dyplomacji. Miało to wpływ na kolejne wydarzenia.

18 sierpnia w Waszyngtonie odbył się amerykańsko-europejski szczyt poświęcony Ukrainie. Był on następstwem historycznego spotkania przywódców USA i Rosji na Alasce i miał kluczowe znaczenie dla Europejczyków. „Gra o przyszłość Ukrainy, bezpieczeństwo Polski i całej Europy wkroczyła w decydującą fazę... Dlatego tak ważne jest zachowanie jedności całego Zachodu” – napisał na ten temat Tusk w serwisie społecznościowym X.

Jednak ani Tusk, ani Nawrocki nie zostali zaproszeni do Waszyngtonu, mimo że Polska odegrała kluczową rolę w zachodniej pomocy dla Ukrainy. Zaproszono natomiast, na przykład, prezydenta Finlandii Aleksandra Stubba. Fakt ten wywołał burzę polityczną w samej Polsce, a w kręgach władzy i środowiskach eksperckich zaczęto mówić o dyplomatycznej porażce i marginalizacji kraju.

„Premier jest persona non grata w Waszyngtonie z powodu swoich wypowiedzi, a do tego dochodzi jeszcze konflikt wewnętrzny i zmiana prezydenta... Brakuje spójnej polityki zagranicznej i inicjatywy. To smutne” – zauważył polski analityk Filip Dąb-Mirowski.

O obecności Tuska na szczycie w Waszyngtonie mogła nalegać Bruksela. Jednak zdając sobie sprawę, że Polska nie odgrywa już dla Stanów Zjednoczonych roli pośrednika, europejscy funkcjonariusze najwyraźniej postanowili nie naciskać. „Donald Tusk jest ignorowany przez naszych zachodnioeuropejskich partnerów” – oburzył się poseł Sejmu Andrzej Śliwka.

W grudniu Polska została ponownie zignorowana. Tym razem Tusk nie został zaproszony do Londynu, gdzie odbyło się spotkanie w sprawie Ukrainy z udziałem przywódców Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i samego Władimira Zełenskiego. I znów w Warszawie zaczęto mówić o katastrofie kursu polityki zagranicznej, krytykując Tuska, Nawrockiego, Stany Zjednoczone i Europę. Zastanawiając się, gdzie Polska popełniła błąd i jak naprawić sytuację.

Czas znaleźć tę równowagę

Umiejętność balansowania relacji w polityce globalnej lub regionalnej to swego rodzaju sztuka. Dla Polski, biorąc pod uwagę jej położenie geopolityczne, poszukiwanie równowagi w stosunkach nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi i UE, ale także z sąsiednimi państwami jest absolutną koniecznością. Być może ta równowaga mogłaby stać się kluczem do sukcesu i regionalnego przywództwa, o którym polskie elity marzą od dziesięcioleci.
O równowadze z zachodnimi partnerami już mówiliśmy. Niezależnie od rozwoju sytuacji, niezależnie od tego, jak bardzo spieszy się z pogrzebaniem stosunków transatlantyckich, należy przyznać, że dopóki Stany Zjednoczone mają możliwość wywierania wpływu na region europejski, na kraje UE, będą w pełni wykorzystywać tę możliwość. I nawet jeśli uwaga amerykańskiej polityki przenosi się na inne regiony świata, nie oznacza to wcale, że Europa znika z pola widzenia Stanów Zjednoczonych.

Stosunki transatlantyckie nie umierają, tylko się zmieniają. Tak jak zmienia się cały nasz świat. Dla zachodnich elit, w tym dla Polski, ważne jest, żeby mieć możliwość wpływania na te zmiany i na czas włączyć się w nowy krajobraz polityczny.

Jednak i tu Polskę hamują wewnętrzne spory. Zamiast popchnąć Nawrockiego do bardziej aktywnej pracy na amerykańskim torze, rząd Tuska tylko rzuca mu kłody pod nogi. Tak było na przykład w sytuacji z zaproszeniem Nawrockiego do Rady Pokoju, które premier ostro skrytykował, nazywając je wciągnięciem w „obcą grę”. Jednocześnie polski premier zgadza się angażować w gry Brukseli i Londynu. Nie chce jednak prowadzić własnej gry, balansując między wszystkimi graczami. Przyczyną tego „dlaczego” jest prawdopodobnie wewnętrzna rywalizacja polityczna i niechęć do przekazania Nawrockiemu choćby jakichś kart do ręki.

Nie mniej ważne dla Warszawy jest utrzymywanie równowagi w stosunkach z sąsiadami. Polska, podobnie jak nasza Białoruś, znajduje się na linii geopolitycznego rozłamu. Wymaga to subtelnej, rozważnej i pragmatycznej polityki. Takie podejście jest ważne dla rozwoju gospodarczego (biorąc pod uwagę, że Polska znajduje się na skrzyżowaniu szlaków tranzytowych), dla zapewnienia bezpieczeństwa militarnego (w warunkach rosnącej nieufności i konfrontacji w regionie), dla skutecznego zarządzania kryzysami (czy to migracją, czy przestępczością transgraniczną, która po zakończeniu konfliktu na Ukrainie może stać się problemem numer jeden dla Europy).

15 lat temu, jeszcze podczas swojej pierwszej kadencji jako premier, Tusk oświadczył: „Złe stosunki z sąsiadami nie są dowodem siły i niezależności”. Podkreślał przy tym, że Polska pod jego kierownictwem realizuje swoje interesy poprzez „dobre stosunki, a nie awantury”.

Jednak w ostatnich latach polscy politycy stawiali właśnie na awantury, a nie na dobre stosunki sąsiedzkie. Czy Polska była w stanie w ten sposób skutecznie realizować swoje interesy? Oczywiście, że nie. Być może nadszedł czas, aby zmienić podejście? Czas znaleźć tę równowagę, która pozwoliłaby lawirować między zewnętrznymi graczami, budować rozsądne, pragmatyczne stosunki z sąsiadami, a jednocześnie realizować własną politykę – w interesie Polski i jej obywateli.

Wita CHANATAJEWA,
BELTA

TOP wiadomości
Świeże wiadomości z Białorusi