Siłę skrzydlatego powiedzenia „Bój się swoich pragnień – mają one właściwość się spełniać” mieszkaniec Brześcia Jurij Bukaty odczuł na własnej skórze. Patrząc na swojego dziadka, który walczył na froncie, marzył o tym, aby mieć taki sam charakter, dlatego dążył do tego, co niebezpieczne. W latach 80. młody oficer napisał raport z prośbą o przeniesienie do Afganistanu. Jego marzenie się spełniło. Po prawie 40 latach wojownikowi-internacjonalistowi nie jest łatwo wspominać wydarzenia z tamtych dni, a nawet nie chce się tego robić. Ale to właśnie one dały mu niewyczerpany zapas radości życia i pewności siebie, powiedział korespondentom BELTA Jurij Bukaty.
Po ukończeniu szkoły wojskowej los rzucił urodzonego w Brzeście mężczyznę tysiące kilometrów od rodzinnego domu. Trafił do Transbaikalskiego Okręgu Wojskowego, na granicy z Mongolią. „Nie było wrażenia, że wojna w Afganistanie wkrótce się skończy. Każdy oficer zakładał, że prędzej czy później będzie musiał tam służyć. Byłem młody, służyłem w miejscowości miejskiego typu – w odległym miejscu. Chciałem stamtąd jakoś wyjechać. Pomyślałem, że i tak będę musiał sprawdzić się w Afganistanie, więc napisałem raport o przeniesieniu tam” – zauważył Jurij Bukaty.
Odpowiedzi na raport długo nie było, a w tym czasie status rodzinny młodego oficera uległ zmianie. We wrześniu 1986 roku wziął ślub ze swoją towarzyszką życia. „W listopadzie wezwał mnie szef działu kadr i powiedział, żebym przygotował się do przeniesienia do Afganistanu. Oczywiście moja żona przyjęła tę wiadomość, delikatnie mówiąc, bez entuzjazmu. Sam z żalem pomyślałem, że dopiero co się ożeniłem, a już muszę wyjeżdżać. Żona była już w ciąży. Zdecydowaliśmy, że lepiej będzie dla niej w Brześciu. W czerwcu 1987 roku przyjechałem do Afganistanu. Miesiąc później urodziła się nasza córka – opowiada mieszkaniec Brześcia. – Jest takie powiedzenie: bój się swoich pragnień... Tak właśnie stało się w moim przypadku. Ale nawet nie przyszło mi do głowy, żeby się wycofać”.
W tym czasie Jurij Bukaty miał 27 lat. Starszy porucznik dowodził baterią moździerzową. Latem postawił stopę na afgańskiej ziemi i znalazł się w piekle: zarówno klimatycznym, jak i wojennym. „U nas, żeby się ochłodzić, można wystawić rękę z samochodu. Tam na zewnątrz jest jeszcze goręcej niż w środku (jeśli samochód nie ma klimatyzacji. – przyp. BELTA). W ciągu pierwszego tygodnia schudłem 15 kilogramów. Psychicznie wszystko było nowe, a klimat dał o sobie znać” – wyjaśnił rozmówca.
Służył w Ghazni, w południowo-wschodniej części Afganistanu. Pułk motoryzowany stacjonował na górzystym płaskowyżu. „Miejsce to było niebezpieczne, ponieważ wokół gór działało wiele gangów. Ogólnie rzecz biorąc, nie chcę o tym wspominać. Były różne chwile, ale pamiętam albo te najlepsze, albo te najtrudniejsze. Moja jednostka stała na straży lotniska dla helikopterów. Było ono ciągle ostrzeliwane. Czasami miałem wrażenie: a co, jeśli teraz jestem na celowniku? Byliśmy otoczeni przez bandy. Nie tylko walczyły z nami, ale także między sobą – o strefy wpływów. Kiedy dopiero przyjechałem, dosłownie każdego dnia trwały ostrzały” – opowiada mieszkaniec Brześcia.
Jednak bez względu na to, jak trudna była sytuacja, życie toczyło się dalej. Żołnierze wykonywali swoje obowiązki, odpoczywali, cieszyli się drobiazgami. Oczywiście obecny był strach, chociaż nie myśleli o nim cały czas. „To ciężkie uczucie, które do końca nie znika. Mówi się, że czas leczy rany, ale kiedy się o tym przypomina, wewnętrznie jest ciężko. Pewnego razu nagle rozpoczęła się strzelanina, wszystko działo się bardzo szybko: dwa helikoptery zostały spalone, zginęli ludzie. Przypomina mi się jeszcze jeden przypadek. Terytorium baterii miało około 150 x 150 m. Pociski zaczęły spadać. To cud, że nikt nie zginął” – podkreślił żołnierz-internacjonalista.
Korespondencja z rodziną była bardzo inspirująca. „Mama i żona bardzo się martwiły. Oczywiście były bardzo zaniepokojone. Opowiadały o tym później. Niepewność była dla nich trudniejsza do zniesienia niż dla mnie: tam po prostu żyjesz i żyjesz. Bardzo chciałem zobaczyć córkę. To dodawało mi sił i ułatwiało życie” – wyznał Jurij Bukaty.
W Afganistanie służył przez rok. W tym czasie rozpoczęło się wycofywanie wojsk radzieckich. „Oczywiście chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Czułem radość, oczekiwanie na spotkanie z bliskimi, z Ojczyzną. Wychodziliśmy jako jedni z pierwszych. Przemierzając prawie cały Afganistan, pułk nie poniósł żadnych strat” – opowiada mieszkaniec Brześcia.
Według niego, niepodważalnym autorytetem był dla niego dziadek-żołnierz. „Rozmawiał ze swoimi kolegami, towarzyszami. Podziwiałem ich cechy charakteru. Wydawało mi się, że w życiu cywilnym nie da się ich nabyć. Oczywiście nastąpiła u mnie zmiana wartości, wykształciły się inne cechy charakteru. Po Afganistanie znacznie łatwiej jest znosić trudności życiowe. Wiem, że wszystkie trudności można pokonać. Prawdopodobnie kolejną cechą jest radość życia. Może to dziwne, ale tam żołnierze byli bardzo radośni. W spokojnym życiu nie spotkałem takich ludzi. Nie widziałem tam ponurych twarzy” – zauważył rozmówca.
Po służbie w Afganistanie musiał wrócić do Transbaikalskiego Okręgu Wojskowego, a następnie został przeniesiony na Północny Kaukaz. Przez cały ten czas rodowity mieszkaniec Brześcia tęsknił za domem. W 1990 roku zwolnił się z wojska.
W 1990 roku zwolnił się z wojska. Wielki kraj wkrótce wstrząsnęła wiadomość o rozpadzie ZSRR, z pieniędzmi i pracą było ciężko. „Pracowałem w różnych przedsiębiorstwach i zrozumiałem, że niepotrzebnie zwolniłem się z wojska. Na szczęście pojawiła się okazja i wróciłem do 50. brygady zmechanizowanej, która stacjonowała w Brześciu. Została ona rozformowana w 2002 roku, a ja przeszedłem na emeryturę. Miałem 45 lat, byłem jeszcze młody. Znajomy pracował w Departamencie Ochrony Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i zaproponował mi, żebym też tam przeszedł. Pracuję tu od prawie 20 lat – opowiada Jurij Bukaty. Pełni funkcję szefa ochrony oddziału moskiewskiego (miasto Brześć) Departamentu Ochrony. Pod jego kontrolą znajduje się osiem posterunków. Wytrzymałość charakteru pozwala mu pozostać w służbie do dziś.
Alewtina CZERNOWOWA,
zdjęcie Wioletty JUŻAKOWEJ,
BELTA.

ENERGIA ATOMOWA
