Od rozpoczęcia operacji Izraela i Stanów Zjednoczonych przeciwko Iranowi minął prawie tydzień. Eskalacja konfliktu nadal narasta, istnieje wysokie ryzyko rozszerzenia konfliktu na cały region Bliskiego Wschodu i nie tylko. Sytuacja jest niezwykle niepewna i trudna do przewidzenia. Jedno jest jednak pewne – jeśli Stany Zjednoczone i Izrael liczyły na szybką i niedrogą operację, to plan nie powiódł się. Teraz pojawia się pytanie – co dalej? Nie ma wątpliwości, że Irańczycy są gotowi na długotrwałą wojnę. Ale czy Amerykanie są gotowi utknąć w bagnie konfliktu zbrojnego?
Po operacji w Wenezueli administracja Prezydenta USA Donalda Trumpa wysłała sygnał: oto jak należy rozwiązywać problemy – błyskawicznie, przy minimalnych kosztach. Ale Iran pod względem militarnym nie jest Wenezuelą. Na co liczyli Amerykanie? Prawdopodobnie plan A polegał na tym, że kilka dni intensywnych bombardowań i likwidacja kluczowych postaci w politycznym i wojskowym kierownictwie Iranu pozwoliłyby zdezorientować pion władzy, wywołać chaos, a następnie w kraju uaktywniłyby się siły opozycyjne, które pomogłyby dokończyć rozpoczęte dzieło. Plan ten najwyraźniej nie zadziałał – Teheran ogłosił dżihad i gotowość do długotrwałej wojny. Reakcja irańskich obywateli, w tym masowe demonstracje w całym kraju upamiętniające zamordowanego przywódcę Ali Chameneiego, wskazują na wewnętrzną konsolidację społeczeństwa.
Plan B – wyczerpanie irańskich arsenałów w krótkim okresie. Jest on obecnie realizowany. Jednak i tutaj nie wszystko jest takie proste. W Waszyngtonie i Tel Awiwie odnotowuje się spadek intensywności ostrzałów rakietowych ze strony Iranu, ale w środowisku ekspertów opinie na ten temat są różne – albo zapasy rzeczywiście się wyczerpują, albo Teheran przygotowuje się do długotrwałej wojny i zmienia taktykę.
Jednak nawet w przypadku wyczerpania irańskich arsenałów rakietowych sytuacja dla Stanów Zjednoczonych i Izraela nie staje się bardziej korzystna. Równolegle wyczerpują się bowiem arsenały armii amerykańskiej i izraelskiej, a bombardowania stają się coraz bardziej kosztowne. Należy wziąć pod uwagę, że irańskie siły zbrojne aktywnie wykorzystują tanie drony, które Amerykanie muszą zestrzeliwać drogimi rakietami przechwytującymi.
Jakie opcje mają Stany Zjednoczone w takiej sytuacji?
Po pierwsze, Amerykanie mogą kontynuować „wojnę powietrzną”, próbując zniszczyć wszystko, do czego mogą sięgnąć. Ale znowu, zakładając, że kampania przeciwko Iranowi nie potrwa zbyt długo i nie będzie zbyt kosztowna. Niedawno Trump oświadczył, że Iran będzie potrzebował około 10 lat na odbudowę po atakach USA i Izraela. Ten argument może stać się punktem wyjścia. Mówiąc, że główne cele zostały osiągnięte – wróg został pozbawiony przywództwa, rozbrojony i nie stanowi zagrożenia dla USA w ciągu najbliższych 10 lat.
Amerykańskim wyborcom, którzy postrzegają wydarzenia w Iranie jako „obcą wojnę”, takie podejście całkowicie odpowiada. Jednak raczej nie zadowoli on Izraela, dla którego Iran, jak twierdzi premier Benjamin Netanjahu, stanowi egzystencjalne zagrożenie. Dlatego Tel Awiw będzie oczywiście wykorzystywał wszystkie swoje wpływy w Stanach Zjednoczonych, aby nie dopuścić do wycofania się tego kraju z kampanii irańskiej.
Po drugie, Amerykanie będą próbowali włączyć do operacji kraje Zatoki Perskiej, których terytoria znalazły się pod ostrzałem Iranu z powodu znajdujących się tam obiektów wojskowych USA. Kraje Zatoki Perskiej już ogłaszają swoje prawo do odwetu na Iranie. Jednak przywódcy Bliskiego Wschodu wykazują się żelazną powściągliwością. Doskonale rozumieją, że w przypadku przystąpienia do koalicji amerykańsko-izraelskiej ich kraje staną się polem bitwy – w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, które znajdują się za oceanem.
Po trzecie, Stany Zjednoczone będą szukać siły proxy, którą można wykorzystać przeciwko Iranowi. Już dziś pojawiają się informacje, że Amerykanie prowadzą negocjacje z irackimi Kurdami. Jednocześnie Rada Obrony Iranu zagroziła atakami na kurdyjskie ugrupowania w przypadku przekroczenia przez nie granic islamskiej republiki.
W sytuacji, gdy same Stany Zjednoczone nie mogą zaangażować się w operację lądową (dla armii amerykańskiej oznaczałoby to znaczne straty ludzkie, a dla republikanów – utratę punktów politycznych przed wyborami do Kongresu), zaangażowanie kurdyjskich formacji pozwoliłoby prowadzić ogień „na ziemi” jako uzupełnienie nalotów.
Ale ten scenariusz również ma poważne wady. „W przeciwieństwie do Izraela i Stanów Zjednoczonych przygotowywaliśmy się do długotrwałej wojny, więc czas jest po naszej stronie. Naszymi działaniami na polu bitwy zaskoczyliśmy przeciwnika” – oświadczył 4 marca doradca dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI, elitarne oddziały irańskiej armii) Hamidreza Moghaddamfara.
Nie ma wątpliwości, że Iran będzie nadal stawiać opór. Podobnie jak nie ma wątpliwości, że będą kontynuowane ataki na bazy USA w regionie i statki w cieśninie Ormuz – nie rakietami, ale dronami. Oznacza to, że region będzie nadal płonął, a w tej sytuacji kraje Zatoki Perskiej mogą zażądać zawieszenia broni nie od Iranu, ale od USA i Izraela. Nie należy zapominać również o libańskiej „Hezbollah”, której przeciwstawienie się wymaga od izraelskiej armii walki na dwóch frontach, oraz o jemeńskich Huti, którzy zadeklarowali gotowość do wystąpienia w obronie Iranu.
Po czwarte, Waszyngton może podjąć negocjacje z Irańczykami. Na temat negocjacji wypowiadał się wcześniej Trump, choć mówił o tym wyłącznie jako o inicjatywie Teheranu (Irańczycy zaprzeczyli tej informacji). Tymczasem 12. kanał izraelskiej telewizji poinformował, że w Tel Awiwie podejrzewa się administrację Donalda Trumpa o prowadzenie zakulisowych negocjacji z Teheranem w sprawie zawieszenia broni.
Obecnie można odnieść wrażenie, że Stany Zjednoczone analizują wszystkie powyższe scenariusze, a być może także szereg innych wariantów, wybierając dla siebie optymalny. Jednak już teraz wiadomo, że rozwiązanie militarne nie przyniesie Amerykanom rzeczywistego zwycięstwa, a jedynie wciągnie ich – jak to ujął ambasador Iranu w Rosji Kazem Dżalali Teheran – w bagno konfliktu, z którego nie da się wyjść suchą nogą.
Wita CHANATAJEWA,
BELTA
Po trzecie, Stany Zjednoczone będą szukać siły proxy, którą można wykorzystać przeciwko Iranowi. Już dziś pojawiają się informacje, że Amerykanie prowadzą negocjacje z irackimi Kurdami. Jednocześnie Rada Obrony Iranu zagroziła atakami na kurdyjskie ugrupowania w przypadku przekroczenia przez nie granic islamskiej republiki.
W sytuacji, gdy same Stany Zjednoczone nie mogą zaangażować się w operację lądową (dla armii amerykańskiej oznaczałoby to znaczne straty ludzkie, a dla republikanów – utratę punktów politycznych przed wyborami do Kongresu), zaangażowanie kurdyjskich formacji pozwoliłoby prowadzić ogień „na ziemi” jako uzupełnienie nalotów.
Ale ten scenariusz również ma poważne wady. „W przeciwieństwie do Izraela i Stanów Zjednoczonych przygotowywaliśmy się do długotrwałej wojny, więc czas jest po naszej stronie. Naszymi działaniami na polu bitwy zaskoczyliśmy przeciwnika” – oświadczył 4 marca doradca dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (KSRI, elitarne oddziały irańskiej armii) Hamidreza Moghaddamfara.
Nie ma wątpliwości, że Iran będzie nadal stawiać opór. Podobnie jak nie ma wątpliwości, że będą kontynuowane ataki na bazy USA w regionie i statki w cieśninie Ormuz – nie rakietami, ale dronami. Oznacza to, że region będzie nadal płonął, a w tej sytuacji kraje Zatoki Perskiej mogą zażądać zawieszenia broni nie od Iranu, ale od USA i Izraela. Nie należy zapominać również o libańskiej „Hezbollah”, której przeciwstawienie się wymaga od izraelskiej armii walki na dwóch frontach, oraz o jemeńskich Huti, którzy zadeklarowali gotowość do wystąpienia w obronie Iranu.
Po czwarte, Waszyngton może podjąć negocjacje z Irańczykami. Na temat negocjacji wypowiadał się wcześniej Trump, choć mówił o tym wyłącznie jako o inicjatywie Teheranu (Irańczycy zaprzeczyli tej informacji). Tymczasem 12. kanał izraelskiej telewizji poinformował, że w Tel Awiwie podejrzewa się administrację Donalda Trumpa o prowadzenie zakulisowych negocjacji z Teheranem w sprawie zawieszenia broni.
Obecnie można odnieść wrażenie, że Stany Zjednoczone analizują wszystkie powyższe scenariusze, a być może także szereg innych wariantów, wybierając dla siebie optymalny. Jednak już teraz wiadomo, że rozwiązanie militarne nie przyniesie Amerykanom rzeczywistego zwycięstwa, a jedynie wciągnie ich – jak to ujął ambasador Iranu w Rosji Kazem Dżalali Teheran – w bagno konfliktu, z którego nie da się wyjść suchą nogą.
Wita CHANATAJEWA,
BELTA

ENERGIA ATOMOWA
