Pierwszych osiem lat swojego życia Marina Kuczerowa praktycznie nie pamięta. Wie tylko, że był tam dom dziecka, do którego zabierano ją nie raz, strach i wiele łez. A potem w życiu dziewczynki pojawiła się Jelena Danczikowa, która została jej mamą. Leczyła chore kolanka, uczyła piec pyszne ciasteczka i płakała ze szczęścia, wydając dorosłą córkę za mąż. A także zyskała tatę, który odrabiał z nią lekcje, i kochające starsze siostry. „Nigdy nie czułam się w tej rodzinie dzieckiem przysposobionym – mówi Marina. – I zawsze wiedziałam, że to sam los nas połączył”.
„Marina jest dla nas rodzona. Nigdy nie myśleliśmy inaczej”
Do domu państwa Danczików przyjechaliśmy wczesnym sobotnim rankiem – i od razu poczuliśmy przytulność i ciepło ich domu. Na parapecie wygrzewał się w słońcu kot, na kuchni stygła blacha z ciastkami wiedeńskimi, po pokojach biegały dzieci.
– Ta młodsza – to nasza wnuczka Sara, a starsza – Ksiusza, jedna z przysposobionych córek. Dwie kolejne są teraz w szkole, ale niedługo wrócą. Przygotowują się do koncertu – przedstawia nam najmłodszych członków rodziny Jelena Adamowna.
Przysposabiającą matką została 20 lat temu. W tym momencie ona i jej mąż Wasilij Aleksandrowicz wychowywali dwie własne córki.
– W naszej wsi były wtedy już rodziny zastępcze. Patrząc na nie, pomyślałam: a dlaczego by i nam nie podarować dzieciom, które mieszkają w domu dziecka, prawdziwego domu? Oczywiście, najpierw omówiłam wszystko z mężem, potem porozmawiałam z córkami. Żenia i Nastia początkowo podeszły do pomysłu z niepokojem, ale potem się zgodziły – opowiada nasza bohaterka, co chwilę spoglądając w stronę okna – lada moment powinna przyjechać jej młodsza córka z rodziną.
Gdy przed domem zatrzymuje się samochód, Jelena Adamowna śpieszy na spotkanie bliskich. Po chwili w progu kuchni pojawia się miła, uśmiechnięta dziewczyna, trzymająca za rękę kilkuletnią dziewczynkę.
– A oto nasza młodsza córeczka Marina z wnuczką Margaritką – przedstawia z dumą wchodzących gospodyni, czule przytulając obie. Patrząc na nie, uderza mnie podobieństwo. Okazuje się, że nie jestem pierwszą osobą, która tak mówi. – Gdy na weselu Mariny niektórzy goście dowiadywali się, że nie jestem jej biologiczną matką, nie wierzyli. Ale ona naprawdę jest dla nas rodzona, nigdy nie myśleliśmy inaczej.
„Nie pojadę! Jak trzeba, to będę się łóżka trzymać!”
Gdy 20 lat temu Jelena Adamowna ukończyła kursy dla rodziców zastępczych w Centrum społeczno-pedagogicznym, zaproponowano jej zabranie na weekend dziewczynki z domu dziecka. Była to właśnie Marina, która miała wtedy 8 lat.
– W poniedziałek musiałam odwieźć Marinę z powrotem. Ale gdy jej o tym powiedziałam, spojrzała na mnie surowo i powiedziała: „Nie pojadę! Jak trzeba, to będę się łóżka trzymać!” Ostatecznie do domu dziecka pojechałam sama, by poinformować dyrekcję, że dziewczynka zostanie u nas – opowiada Jelena Adamowna. – Załatwiliśmy niezbędne dokumenty i 6 czerwca 2006 roku Marina oficjalnie została naszym pierwszym przysposobionym dzieckiem.
– A ja początkowo nie chciałam wyjeżdżać z domu dziecka. Gdy powiedzieli, że na weekend zabierze mnie obca rodzina, nawet zaczęłam płakać – włącza się do rozmowy Marina. – Potem wychowawcy opowiedzieli, że w tym domu mieszkają dwie dziewczynki, które umieją grać na gitarze i mogą mnie nauczyć. Wtedy to, zaciekawiona, zgodziłam się. Teraz wydaje mi się, że wcale nie chodziło o gitarę, bo grać na niej i tak nie umiem. Po prostu było nam pisane się spotkać.
Po wyznaniu Mariny wszyscy na chwilę milkną. W tym momencie chyba myślimy o tym samym: jak potoczyłyby się losy tej 8-letniej dziewczynki, gdyby odmówiła wizyty?...
– Nie pamiętam, ile dokładnie trwał ten ostatni pobyt – odpowiada, a widząc moje zdziwienie, wyjaśnia: – Kilka razy trafiałam do domu dziecka, a w międzyczasie wracałam do domu. Mieszkałam wtedy z mamą, ale była chora. Ostatnim razem pracownicy socjalni przyjechali po mnie prosto do szkoły, powiedzieli, że mama znowu źle się czuje, ale za osiem dni wróci ze szpitala i mnie zabierze. Nigdy tego nie zdołała zrobić.
Marina prawie nie pamięta swojego życia przed przybyciem do rodziny zastępczej. Natomiast z przyjemnością opowiada o pierwszym lecie w rodzinie Danczików:
– Praktycznie od razu zaczęłam nazywać rodziców zastępczych mamą i tatą. Z dziewczynkami też bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. Często fantazjowałam, jak dorosnę i będę taka jak one: będę chodzić na różne zajęcia, spacerować z koleżankami. Siostry stały się dla mnie wzorem. Miałam bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Patrząc wstecz, nie pamiętam ani jednej złej chwili. Rodzice robili wszystko, abym była szczęśliwa.
Jedną z ważnych zasad, których ściśle przestrzegają Jelena Adamowna i Wasilij Aleksandrowicz, jest pomaganie dzieciom z rodzin zastępczych z całych sił, ale nigdy nie próbowanie wchodzenia w ich dusze, nie wypytywanie o rodziców i ich poprzednie życie. Jeśli jednak dziecko samo zechce porozmawiać, odkładają wszystkie sprawy i słuchają. Tak było w przypadku Mariny.
– Bardzo ważne jest, aby zrozumieć, że każde dziecko to pełnoprawna osoba z własnymi nawykami, charakterem, doświadczeniem życiowym, a często także traumami. Wiele dzieci z rodzin zastępczych przeżyło chorobę lub śmierć rodziców, co koniecznie należy wziąć pod uwagę. Każde życie to osobny świat i czasami naprawdę niełatwo się w nim odnaleźć – mówi Jelena Adamowna. – Dobrzy rodzice starają się dać swoim dzieciom wszystko, co najlepsze: bezpieczny dom, miłość, czułość… A wiecie, jak mi żal tych, którzy są tego wszystkiego pozbawieni? Właśnie dlatego razem z mężem staramy się to wszystko naprawić.
„Płakałam do słuchawki i prosiłam, żeby mnie zabrano do domu”
Na pytanie, czy Marina była trudną nastolatką, ona uśmiecha się i kręci głową.
– To na pewno nie o mnie! Ale, jak u wszystkich, czasami zdarzały się trudności w nauce. Na przykład z matematyki miałam piątki, a historii nie lubiłam. Z pomocą przychodziły starsze siostry, zwłaszcza Żenia, która stała nade mną z podręcznikiem, dopóki nie zapamiętałam wszystkich dat. A tata do dziś z uśmiechem wspomina, jak uczył mnie angielskiego. Po przejściu do liceum radziłam sobie ze wszystkim sama. Chociaż Żenia od czasu do czasu nadal groziła, że sprawdzi mi pracę domową z historii.
– Marina była tak odpowiedzialna i schludna, że zawsze to podziwiałam – potwierdza jej słowa mama. – Wszystkie jej zeszyty były w idealnym porządku, dziennik zawsze wypełniony, oceny wpisane. Czasami otwierałam go, żeby się podpisać, a tam same dziewiątki i dziesiątki. Czasami dziwiłam się, jak ona to wszystko ogarniała.
Marina i jej przybrani rodzice mieli też trudności – a w której rodzinie ich nie ma? Ale bliscy nauczyli się wspólnie je pokonywać.
– Pierwszą rzeczą, którą trzeba zrobić, jest usiąść i spokojnie omówić sprawę, rozważyć wszystkie „za” i „przeciw” – mówi mama. – Bo ja, na przykład, jestem osobą emocjonalną, potrafię się zdenerwować, ale szybko się uspokajam. A po przespaniu się z problemem często patrzy się na niego zupełnie inaczej. Na przykład, kiedy Marina była już w klasie maturalnej, nalegałam, żeby została psychologiem. Ale kiedy dowiedziała się o tym jej nauczycielka matematyki, wpadła w panikę. Do dziś pamiętam jej słowa: „Jak to psycholog? Dziewczyna powinna jechać do Mińska, na uniwersytet ekonomiczny”. Zebraliśmy się wtedy, wszystko omówiliśmy i zrozumieliśmy, że nauczycielka ma rację.
Jelenie Adamownie bardzo trudno było pozwolić córkom wyjechać do dużego miasta. Marinę też ciągnęło do rodzinnej wsi, do rodziców.
- Pamiętam, jak w pierwszych miesiącach studiów płakałam przez telefon i prosiłam o powrót do domu, a mama, sama ledwo powstrzymując łzy i uspokajając mnie, mówiła: jeśli jest ci tak ciężko, oczywiście wróć. Na początku bardzo tęskniłam, przyjeżdżałam w każdy weekend. Ale potem wciągnęło mnie to, zaprzyjaźniłam się z współlokatorkami. I do dziś utrzymujemy kontakt.
„Obie nauczyłyśmy się być mamami”
Marina poznała swojego przyszłego męża w mediach społecznościowych. Ślub odbył się, gdy dziewczyna ukończyła studia. Wkrótce młoda rodzina przeniosła się do Żłobina, a trzy lata temu urodziła się ich córka. Opowiadając o tym, Marina nie może powstrzymać uśmiechu. Takie samo wyrażenie twarzy ma Elena Adamowna.
– Jako mama bardzo cieszę się z powodu Mariny i Maksima – mówi. – Przecież zawsze chcemy, żeby dla naszego dziecka znalazła się dobra para, żeby wszystko u nich się ułożyło. A ta dwójka jest jak dwie połówki całości, we wszystkim się uzupełniają. Córka miała też szczęście w pracy i ważne jest, że kocha to, czym się zajmuje. Dzięki temu mam spokój ducha i jestem z niej bardzo dumna.

– Czego nauczyłyście się od siebie nawzajem przez te lata? – pytam najpierw mamę, a potem córkę.
– Właściwie to wielu rzeczy. Ale przede wszystkim – jak być mamą – mówi Jelena Adamowna.
– Obie nauczyłyśmy się od siebie, jak być mamami. Traktuję Margaritę dokładnie tak samo, jak ty kiedyś traktowałaś mnie: z troską, z miłością – mówi Marina, zwracając się do Jeleny Adamownej. – Poza tym ciągle martwię się o córkę – tak jak ty martwiłaś się o nas z siostrami. Ale mam zawsze przy sobie mamę i w każdej chwili mogę się z nią skonsultować, poprosić o pomoc, wiedząc, że nigdy mi nie odmówisz.
…Nasza rozmowa z tymi wspaniałymi kobietami trwała prawie dwie godziny. W tym czasie padło wiele wyznań i ciepłych słów, a niektóre momenty wywołały łzy nie tylko u bohaterów tej historii. A jednak na jedno z najtrudniejszych pytań zdecydowałam się zapytać dopiero po dłuższym czasie.
– Dlaczego nie adoptowałyście Mariny i nie nadałyście jej swojego nazwiska? – pytam, przygotowując się na to, że Jelena Adamowna nie będzie chciała poruszać tej kwestii. Ale ona odpowiada – i po jej słowach to już ja nie mogę powstrzymać łez.

– Marina trafiła do domu dziecka, a potem do rodziny zastępczej, ponieważ nie miała ojca, a mama była bardzo chora i nie mogła opiekować się córką, ale nie pozbawiono jej praw rodzicielskich. Z tego powodu prawo nie pozwalało nam adoptować Mariny i nadać jej naszego nazwiska. – Mogliśmy być tylko rodzicami zastępczymi. Ale to nie miało większego znaczenia, bo już wtedy uważaliśmy ją za naszą córkę, a ona nas – za mamę i tatę – mówi Jelena Adamowna i dodaje: – Marina jest naszą córką i żaden dokument tego nie zmieni. Nie wiem, jak byśmy żyli, gdyby jej nie było. Naprawdę połączyło nas przeznaczenie.
Różne formy opieki rodzinnej
Nasze ustawodawstwo przewiduje różne formy opieki rodzinnej nad dziećmi – zauważa dyrektor Narodowego Centrum Adopcji Tatiana Belewicz. Na przykład rodzina zastępcza i dom dziecka typu rodzinnego to formy profesjonalnej opieki rodzinnej nad dziećmi pozostawionymi bez opieki rodziców, tymczasowo umieszczonymi w rodzinach. Rodzice zastępczy i rodzice wychowawcy są zatrudnieni w urzędzie lub wydziale oświaty, otrzymują wynagrodzenie za pracę związaną z wychowaniem dzieci przyjętych do swoich rodzin.
– W rodzinie zastępczej umieszcza się do czterech dzieci, a w domu dziecka typu rodzinnego – do 10. W naszym kraju jest ponad 1200 rodzin zastępczych, w których wychowuje się ponad 2200 dzieci, a także ponad 280 domów typu rodzinnego, w których mieszka ponad 1800 chłopców i dziewcząt – zauważa Tatiana Belewicz. – Na tak odpowiedzialny krok, jakim jest adopcja, zdecydowało się w naszym kraju prawie 4,5 tysiąca rodzin, przy czym niektóre z nich – niejednokrotnie.
Aktualne informacje na temat adopcji, przyjmowania dzieci do rodzin zastępczych i rodzin opiekuńczych oraz domów dziecka typu rodzinnego można znaleźć na portalu informacyjnym dadomy.by, a także na stronie internetowej Narodowego Centrum Adopcji.
„Obie nauczyłyśmy się być mamami”
Marina poznała swojego przyszłego męża w mediach społecznościowych. Ślub odbył się, gdy dziewczyna ukończyła studia. Wkrótce młoda rodzina przeniosła się do Żłobina, a trzy lata temu urodziła się ich córka. Opowiadając o tym, Marina nie może powstrzymać uśmiechu. Takie samo wyrażenie twarzy ma Elena Adamowna.
– Jako mama bardzo cieszę się z powodu Mariny i Maksima – mówi. – Przecież zawsze chcemy, żeby dla naszego dziecka znalazła się dobra para, żeby wszystko u nich się ułożyło. A ta dwójka jest jak dwie połówki całości, we wszystkim się uzupełniają. Córka miała też szczęście w pracy i ważne jest, że kocha to, czym się zajmuje. Dzięki temu mam spokój ducha i jestem z niej bardzo dumna.

– Czego nauczyłyście się od siebie nawzajem przez te lata? – pytam najpierw mamę, a potem córkę.
– Właściwie to wielu rzeczy. Ale przede wszystkim – jak być mamą – mówi Jelena Adamowna.
– Obie nauczyłyśmy się od siebie, jak być mamami. Traktuję Margaritę dokładnie tak samo, jak ty kiedyś traktowałaś mnie: z troską, z miłością – mówi Marina, zwracając się do Jeleny Adamownej. – Poza tym ciągle martwię się o córkę – tak jak ty martwiłaś się o nas z siostrami. Ale mam zawsze przy sobie mamę i w każdej chwili mogę się z nią skonsultować, poprosić o pomoc, wiedząc, że nigdy mi nie odmówisz.
…Nasza rozmowa z tymi wspaniałymi kobietami trwała prawie dwie godziny. W tym czasie padło wiele wyznań i ciepłych słów, a niektóre momenty wywołały łzy nie tylko u bohaterów tej historii. A jednak na jedno z najtrudniejszych pytań zdecydowałam się zapytać dopiero po dłuższym czasie.
– Dlaczego nie adoptowałyście Mariny i nie nadałyście jej swojego nazwiska? – pytam, przygotowując się na to, że Jelena Adamowna nie będzie chciała poruszać tej kwestii. Ale ona odpowiada – i po jej słowach to już ja nie mogę powstrzymać łez.

– Marina trafiła do domu dziecka, a potem do rodziny zastępczej, ponieważ nie miała ojca, a mama była bardzo chora i nie mogła opiekować się córką, ale nie pozbawiono jej praw rodzicielskich. Z tego powodu prawo nie pozwalało nam adoptować Mariny i nadać jej naszego nazwiska. – Mogliśmy być tylko rodzicami zastępczymi. Ale to nie miało większego znaczenia, bo już wtedy uważaliśmy ją za naszą córkę, a ona nas – za mamę i tatę – mówi Jelena Adamowna i dodaje: – Marina jest naszą córką i żaden dokument tego nie zmieni. Nie wiem, jak byśmy żyli, gdyby jej nie było. Naprawdę połączyło nas przeznaczenie.
Różne formy opieki rodzinnej
Nasze ustawodawstwo przewiduje różne formy opieki rodzinnej nad dziećmi – zauważa dyrektor Narodowego Centrum Adopcji Tatiana Belewicz. Na przykład rodzina zastępcza i dom dziecka typu rodzinnego to formy profesjonalnej opieki rodzinnej nad dziećmi pozostawionymi bez opieki rodziców, tymczasowo umieszczonymi w rodzinach. Rodzice zastępczy i rodzice wychowawcy są zatrudnieni w urzędzie lub wydziale oświaty, otrzymują wynagrodzenie za pracę związaną z wychowaniem dzieci przyjętych do swoich rodzin.
– W rodzinie zastępczej umieszcza się do czterech dzieci, a w domu dziecka typu rodzinnego – do 10. W naszym kraju jest ponad 1200 rodzin zastępczych, w których wychowuje się ponad 2200 dzieci, a także ponad 280 domów typu rodzinnego, w których mieszka ponad 1800 chłopców i dziewcząt – zauważa Tatiana Belewicz. – Na tak odpowiedzialny krok, jakim jest adopcja, zdecydowało się w naszym kraju prawie 4,5 tysiąca rodzin, przy czym niektóre z nich – niejednokrotnie.
Aktualne informacje na temat adopcji, przyjmowania dzieci do rodzin zastępczych i rodzin opiekuńczych oraz domów dziecka typu rodzinnego można znaleźć na portalu informacyjnym dadomy.by, a także na stronie internetowej Narodowego Centrum Adopcji.

ENERGIA ATOMOWA
