Tym razem skandal w polskiej dyplomacji dotyczył prezydenta Karola Nawrockiego. Miało to miejsce podczas wizyty na Węgrzech. Prezydent miał spędzić w tym kraju dwa dni: w środę, 3 grudnia, w Esztergom – na szczycie prezydentów Grupy Wyszehradzkiej, a w czwartek – w Budapeszcie z oficjalną wizytą, podczas której miał spotkać się z prezydentem Węgier Tamásem Szujokiem i premierem Viktorem Orbánem. Jednak po wizycie Orbána w Moskwie spotkanie z nim zostało odwołane. Przyjrzymy się przyczynom tej decyzji Nawrockiego i jej możliwym konsekwencjom.
Już w piątek szef polskiego rządu Donald Tusk napisał w X: „Orbán odwiedza Putina, Nawrocki – Orbána. Chaos w negocjacjach dotyczących planu Witkoffa, a w Kijowie – kryzys polityczny. Fatalna kombinacja”.
Wyniki nie kazały długo na siebie czekać. Karol Nawrocki podjął decyzję o odwołaniu spotkania z Viktorem Orbánem, które miało odbyć się w tym tygodniu. Powodem decyzji prezydenta Polski była właśnie wizyta premiera Węgier w Moskwie u Władimira Putina.
W niedzielę pojawiła się informacja, że Karol Nawrocki nie spotka się z Viktorem Orbánem. „ W związku z wizytą premiera Viktora Orbána w Moskwie i jej kontekstem prezydent Karol Nawrocki postanowił ograniczyć program swojej wizyty na Węgrzech wyłącznie do szczytu prezydentów Grupy Wyszehradzkiej” – poinformował szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz. Potwierdził to rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz: „W związku z tym, co wydarzyło się w piątek, a mianowicie spotkaniem premiera Orbána z Putinem, oczywiste jest, że prezydent odwołał tę wizytę”.
Przypomnijmy, że premier Węgier Viktor Orbán spotkał się w piątek w Kremlu z Władimirem Putinem. „Węgry są gotowe służyć jako miejsce rozmów pokojowych” – powiedział Orban podczas spotkania z Putinem. To nie pierwszy raz, kiedy węgierski premier ubiega się o rolę mediatora i przekonuje o możliwości zorganizowania w Budapeszcie rozmów ze Stanami Zjednoczonymi na temat konfliktu ukraińskiego. Wcześniej szef węgierskiego rządu poparł 28-punktowy plan pokojowy USA, który jego zdaniem „trzeźwo odzwierciedla rzeczywistość”. Jednocześnie rosyjski przywódca pochwalił „wyważone” podejście Budapesztu do konfliktu na Ukrainie. Minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó, przebywający w tym czasie w Moskwie, podkreślił w swoim poście na X, że „od prawie czterech lat (Węgry) niezmiennie opowiadają się za pokojem, który można osiągnąć tylko poprzez negocjacje i dyplomację”. „Zamknięcie kanałów dyplomatycznych oznacza rezygnację z nadziei na pokój” – dodał Szijjártó.
Węgierskie media dużo pisały o zachowaniu polskiego prezydenta. Jednogłośnie podkreślają, że wcześniej szef Instytutu Pamięci Narodowej był uważany za sojusznika Orbána. „Skandal: prezydent Polski odmówił spotkania z Orbánem po wizycie u Putina” – napisali dziennikarze serwisu Nyugati Feny. Zaznaczyli, że jest to kolejny przypadek, kiedy polskie władze zajmują inne stanowisko niż ich węgierscy koledzy w kwestii Ukrainy. Dziennikarze podkreślili, że tym razem przeciwko Orbánowi wystąpił nie Donald Tusk, ale właśnie Nawrocki, który do tej pory był uważany za jego sojusznika. „Decyzja Nawrockiego może wpłynąć nie tylko na stosunki dwustronne, ale także na przyszłe decyzje polityczne i stanowi ostrzeżenie dla węgierskiego rządu na arenie międzynarodowej” – pisze portal Mai Kurir.
Nawrocki nie uniknął również krytyki ze strony niektórych polskich polityków. Przytoczę tylko kilka wypowiedzi. Szczególnie trafna jest ocena Leszka Millera, który napisał wprost: „Decyzja prezydenta Nawrockiego o odwołaniu planowanego spotkania z Viktorem Orbánem wygląda jak symboliczny wyraz moralnego potępienia. Problem polega na tym, że polityka zagraniczna to nie konkurs na moralne grymasy, ale sztuka zimnych obliczeń. Z tego punktu widzenia był to nieprzemyślany, nieopłacalny i pozbawiony logiki strategicznej krok”. Po pierwsze, Polska osłabia swoją pozycję w regionie. Chociaż Grupa Wyszehradzka jest dziś raczej historią niż rzeczywistością, nadal pozostaje jednym z niewielu regionalnych formatów, w ramach których Warszawa mogłaby rozmawiać z partnerami na równych prawach. Orbán, niezależnie od ocen, nadal jest graczem, który może zablokować budżet UE, zatrzymać kluczowe decyzje lub wciągnąć całą unię w miesiące proceduralnego chaosu. Odmawiając dialogu, Polska rezygnuje z wpływu na osobę, która ma realny wpływ w UE. Jest to polityka odmowy, a nie przywództwa.
Po drugie, Polska rezygnuje z roli mediatora. Dyplomacja polega przede wszystkim na rozmowach z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Odejście od spotkania nie wygląda na asertywność (umiejętność pewności siebie), ale na utratę opanowania. W momencie, gdy należało wykorzystać wizytę, aby zadać Orbánowi trudne pytania, Warszawa wybrała najmniej profesjonalną drogę. To nie jest demonstracja siły, ale bezradności.
Po trzecie, decyzja ta daje Orbanowi pole manewru. Budapeszt już zaciera ręce. „Polska nie ma własnej polityki, działa pod dyktando Brukseli, nie jest w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań” – taka narracja pisze się sama. I będzie działać, ponieważ w Europie Środkowej wszelkie przejawy niestabilności są starannie wykorzystywane przez tych, którzy potrafią grać na poważnie..
Po czwarte, niszczymy to, co jeszcze działało w Grupie Wyszehradzkiej. Wyszehrad nie jest dziś blokiem politycznym, ale nadal funkcjonuje jako grupa współpracy technicznej: migracja, infrastruktura, energetyka. Psując stosunki polityczne, utrudniamy współpracę tam, gdzie nie ma żadnego konfliktu. Co gorsza, popychamy Orbána do coraz ściślejszej współpracy ze Słowacją, która już zwróciła się w jego stronę.
Po piąte, izolacja Orbána jest nieproduktywna. Nie da się Orbána „wyłączyć z systemu”. Jest to polityk, który traktuje mechanizmy UE jako poligon dla swoich interesów. Zerwanie kontaktów nie zmieni nic w jego polityce, a jedynie ograniczy możliwości Polski w zakresie jej korygowania. To poddanie się bez walki. Po szóste, brak dialogu oznacza brak informacji. Bezpośrednie spotkania dają dostęp do wiedzy, której nie zapewni żadna notatka ambasadora. O czym naprawdę uzgodnił Orbán w Moskwie? Na czym zakończyły się jego kontakty w Berlinie i Genewie? Jakie gesty planuje w UE? Dowiemy się tego ten, kto zasiądzie z nim przy stole.
Po siódme, decyzja wydaje się emocjonalna, a nie strategiczna. „Obraził się, bo Orbán był u Putina” – tak to zostanie zapamiętane. Kraje, które chcą być traktowane poważnie, nie mogą sobie pozwolić na okazywanie zdenerwowania. W dyplomacji impulsywność kosztuje więcej niż błąd. Czy Polska naprawdę chce być postrzegana jako kraj reagujący emocjami, a nie analizą?
Po ósme, Polska traci jedyne realne narzędzie wywierania presji. Z Orbánem rozmawia się nie za pośrednictwem mediów, nie poprzez oświadczenia, ale twarzą w twarz. Spotkanie dawało możliwość jasnego przedstawienia sprawy: Rosja, Ukraina, blokowanie decyzji UE. Odwołując wizytę, Polska pozbawiła się jedynego narzędzia, które działa – bezpośredniej rozmowy.
Polityk dochodzi do wniosku, że decyzja Nawrockiego ogranicza kontakty, zmniejsza wpływ i podważa autorytet Warszawy.
W podobnym duchu wypowiedzieli się Sławomir Mentzen (partia „Konfederacja”) i wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak (partia „Konfederacja”). Mentzen trafnie podsumował: „Ostatnio z Putinem, oprócz Orbána, spotkali się Trump, Xi Jinping i Modi, przywódcy najpotężniejszych państw świata. Czy teraz będziemy ich wszystkich bojkotować? Czy będziemy również bojkotować pokojowe rozmowy z Rosją, jeśli ktoś jakimś cudem zaprosi nas do stołu negocjacyjnego? Mamy z Orbanem pewne wspólne interesy i warto je chronić. Nie rozumiem tego demonstracyjnego odwołania spotkania z nim. Jeśli nie będziemy rozmawiać nawet z Węgrami, to z kim w tej unii będziemy mogli się dogadać?”.
Znaleźli się również politycy, którzy chwalą decyzję Nawrockiego. Na czele tych polityków stoi oczywiście Donald Tusk, który zamieścił radosny post w mediach społecznościowych: „Zgodnie z Konstytucją politykę zagraniczną prowadzi rząd. Prezydent ma obowiązek współpracować z rządem i godnie reprezentować Polskę. Trzymajmy się wszyscy i zawsze tej zasady. Tak będzie lepiej dla Polski”.
Z całego tego zamieszania powstaje niezbyt radosny wizerunek polskiej dyplomacji. Z jednej strony prezydent Nawrocki traci autorytet w oczach Orbána. Jednocześnie nie stawia Polski w pozycji gracza w polityce międzynarodowej. Straty dla wizerunku Polski i prezydenta są ogromne.
Z drugiej strony, Nawrocki z własnej woli ustępuje w walce z Tuskiem. Chodzi o wpływ i wiodącą rolę w polskiej polityce zagranicznej. Tusk oczywiście natychmiast to wykorzystał, publikując cytowany post. Można zadać sobie pytanie: czy porażka Nawrockiego jest wynikiem braku doświadczenia, stosowania się do zaleceń złych doradców czy przeniknięcia rusofobii?
Niezależnie od tego, jaką diagnozę postawimy, prognozy dla Polski nie będą korzystne. Polska potrzebuje polityków niezależnych od wpływów zagranicznych, myślących pragmatycznie i samodzielnie. Na obecnym etapie polscy politycy posiadający te cechy nie mają szans na udział w rządzeniu krajem. Żyjemy jednak w epoce, w której wiele się zmienia, czasami nieoczekiwanie szybko i w zaskakujących kierunkach. Być może istnieje szansa, że również w polskiej polityce nastąpią takie korzystne zmiany.
Tomasz SZMYDT
Już w piątek szef polskiego rządu Donald Tusk napisał w X: „Orbán odwiedza Putina, Nawrocki – Orbána. Chaos w negocjacjach dotyczących planu Witkoffa, a w Kijowie – kryzys polityczny. Fatalna kombinacja”.
Wyniki nie kazały długo na siebie czekać. Karol Nawrocki podjął decyzję o odwołaniu spotkania z Viktorem Orbánem, które miało odbyć się w tym tygodniu. Powodem decyzji prezydenta Polski była właśnie wizyta premiera Węgier w Moskwie u Władimira Putina.
W niedzielę pojawiła się informacja, że Karol Nawrocki nie spotka się z Viktorem Orbánem. „ W związku z wizytą premiera Viktora Orbána w Moskwie i jej kontekstem prezydent Karol Nawrocki postanowił ograniczyć program swojej wizyty na Węgrzech wyłącznie do szczytu prezydentów Grupy Wyszehradzkiej” – poinformował szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz. Potwierdził to rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz: „W związku z tym, co wydarzyło się w piątek, a mianowicie spotkaniem premiera Orbána z Putinem, oczywiste jest, że prezydent odwołał tę wizytę”.
Przypomnijmy, że premier Węgier Viktor Orbán spotkał się w piątek w Kremlu z Władimirem Putinem. „Węgry są gotowe służyć jako miejsce rozmów pokojowych” – powiedział Orban podczas spotkania z Putinem. To nie pierwszy raz, kiedy węgierski premier ubiega się o rolę mediatora i przekonuje o możliwości zorganizowania w Budapeszcie rozmów ze Stanami Zjednoczonymi na temat konfliktu ukraińskiego. Wcześniej szef węgierskiego rządu poparł 28-punktowy plan pokojowy USA, który jego zdaniem „trzeźwo odzwierciedla rzeczywistość”. Jednocześnie rosyjski przywódca pochwalił „wyważone” podejście Budapesztu do konfliktu na Ukrainie. Minister spraw zagranicznych Węgier Péter Szijjártó, przebywający w tym czasie w Moskwie, podkreślił w swoim poście na X, że „od prawie czterech lat (Węgry) niezmiennie opowiadają się za pokojem, który można osiągnąć tylko poprzez negocjacje i dyplomację”. „Zamknięcie kanałów dyplomatycznych oznacza rezygnację z nadziei na pokój” – dodał Szijjártó.
Węgierskie media dużo pisały o zachowaniu polskiego prezydenta. Jednogłośnie podkreślają, że wcześniej szef Instytutu Pamięci Narodowej był uważany za sojusznika Orbána. „Skandal: prezydent Polski odmówił spotkania z Orbánem po wizycie u Putina” – napisali dziennikarze serwisu Nyugati Feny. Zaznaczyli, że jest to kolejny przypadek, kiedy polskie władze zajmują inne stanowisko niż ich węgierscy koledzy w kwestii Ukrainy. Dziennikarze podkreślili, że tym razem przeciwko Orbánowi wystąpił nie Donald Tusk, ale właśnie Nawrocki, który do tej pory był uważany za jego sojusznika. „Decyzja Nawrockiego może wpłynąć nie tylko na stosunki dwustronne, ale także na przyszłe decyzje polityczne i stanowi ostrzeżenie dla węgierskiego rządu na arenie międzynarodowej” – pisze portal Mai Kurir.
Nawrocki nie uniknął również krytyki ze strony niektórych polskich polityków. Przytoczę tylko kilka wypowiedzi. Szczególnie trafna jest ocena Leszka Millera, który napisał wprost: „Decyzja prezydenta Nawrockiego o odwołaniu planowanego spotkania z Viktorem Orbánem wygląda jak symboliczny wyraz moralnego potępienia. Problem polega na tym, że polityka zagraniczna to nie konkurs na moralne grymasy, ale sztuka zimnych obliczeń. Z tego punktu widzenia był to nieprzemyślany, nieopłacalny i pozbawiony logiki strategicznej krok”. Po pierwsze, Polska osłabia swoją pozycję w regionie. Chociaż Grupa Wyszehradzka jest dziś raczej historią niż rzeczywistością, nadal pozostaje jednym z niewielu regionalnych formatów, w ramach których Warszawa mogłaby rozmawiać z partnerami na równych prawach. Orbán, niezależnie od ocen, nadal jest graczem, który może zablokować budżet UE, zatrzymać kluczowe decyzje lub wciągnąć całą unię w miesiące proceduralnego chaosu. Odmawiając dialogu, Polska rezygnuje z wpływu na osobę, która ma realny wpływ w UE. Jest to polityka odmowy, a nie przywództwa.
Po drugie, Polska rezygnuje z roli mediatora. Dyplomacja polega przede wszystkim na rozmowach z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Odejście od spotkania nie wygląda na asertywność (umiejętność pewności siebie), ale na utratę opanowania. W momencie, gdy należało wykorzystać wizytę, aby zadać Orbánowi trudne pytania, Warszawa wybrała najmniej profesjonalną drogę. To nie jest demonstracja siły, ale bezradności.
Po trzecie, decyzja ta daje Orbanowi pole manewru. Budapeszt już zaciera ręce. „Polska nie ma własnej polityki, działa pod dyktando Brukseli, nie jest w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań” – taka narracja pisze się sama. I będzie działać, ponieważ w Europie Środkowej wszelkie przejawy niestabilności są starannie wykorzystywane przez tych, którzy potrafią grać na poważnie..
Po czwarte, niszczymy to, co jeszcze działało w Grupie Wyszehradzkiej. Wyszehrad nie jest dziś blokiem politycznym, ale nadal funkcjonuje jako grupa współpracy technicznej: migracja, infrastruktura, energetyka. Psując stosunki polityczne, utrudniamy współpracę tam, gdzie nie ma żadnego konfliktu. Co gorsza, popychamy Orbána do coraz ściślejszej współpracy ze Słowacją, która już zwróciła się w jego stronę.
Po piąte, izolacja Orbána jest nieproduktywna. Nie da się Orbána „wyłączyć z systemu”. Jest to polityk, który traktuje mechanizmy UE jako poligon dla swoich interesów. Zerwanie kontaktów nie zmieni nic w jego polityce, a jedynie ograniczy możliwości Polski w zakresie jej korygowania. To poddanie się bez walki. Po szóste, brak dialogu oznacza brak informacji. Bezpośrednie spotkania dają dostęp do wiedzy, której nie zapewni żadna notatka ambasadora. O czym naprawdę uzgodnił Orbán w Moskwie? Na czym zakończyły się jego kontakty w Berlinie i Genewie? Jakie gesty planuje w UE? Dowiemy się tego ten, kto zasiądzie z nim przy stole.
Po siódme, decyzja wydaje się emocjonalna, a nie strategiczna. „Obraził się, bo Orbán był u Putina” – tak to zostanie zapamiętane. Kraje, które chcą być traktowane poważnie, nie mogą sobie pozwolić na okazywanie zdenerwowania. W dyplomacji impulsywność kosztuje więcej niż błąd. Czy Polska naprawdę chce być postrzegana jako kraj reagujący emocjami, a nie analizą?
Po ósme, Polska traci jedyne realne narzędzie wywierania presji. Z Orbánem rozmawia się nie za pośrednictwem mediów, nie poprzez oświadczenia, ale twarzą w twarz. Spotkanie dawało możliwość jasnego przedstawienia sprawy: Rosja, Ukraina, blokowanie decyzji UE. Odwołując wizytę, Polska pozbawiła się jedynego narzędzia, które działa – bezpośredniej rozmowy.
Polityk dochodzi do wniosku, że decyzja Nawrockiego ogranicza kontakty, zmniejsza wpływ i podważa autorytet Warszawy.
W podobnym duchu wypowiedzieli się Sławomir Mentzen (partia „Konfederacja”) i wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak (partia „Konfederacja”). Mentzen trafnie podsumował: „Ostatnio z Putinem, oprócz Orbána, spotkali się Trump, Xi Jinping i Modi, przywódcy najpotężniejszych państw świata. Czy teraz będziemy ich wszystkich bojkotować? Czy będziemy również bojkotować pokojowe rozmowy z Rosją, jeśli ktoś jakimś cudem zaprosi nas do stołu negocjacyjnego? Mamy z Orbanem pewne wspólne interesy i warto je chronić. Nie rozumiem tego demonstracyjnego odwołania spotkania z nim. Jeśli nie będziemy rozmawiać nawet z Węgrami, to z kim w tej unii będziemy mogli się dogadać?”.
Znaleźli się również politycy, którzy chwalą decyzję Nawrockiego. Na czele tych polityków stoi oczywiście Donald Tusk, który zamieścił radosny post w mediach społecznościowych: „Zgodnie z Konstytucją politykę zagraniczną prowadzi rząd. Prezydent ma obowiązek współpracować z rządem i godnie reprezentować Polskę. Trzymajmy się wszyscy i zawsze tej zasady. Tak będzie lepiej dla Polski”.
Z całego tego zamieszania powstaje niezbyt radosny wizerunek polskiej dyplomacji. Z jednej strony prezydent Nawrocki traci autorytet w oczach Orbána. Jednocześnie nie stawia Polski w pozycji gracza w polityce międzynarodowej. Straty dla wizerunku Polski i prezydenta są ogromne.
Z drugiej strony, Nawrocki z własnej woli ustępuje w walce z Tuskiem. Chodzi o wpływ i wiodącą rolę w polskiej polityce zagranicznej. Tusk oczywiście natychmiast to wykorzystał, publikując cytowany post. Można zadać sobie pytanie: czy porażka Nawrockiego jest wynikiem braku doświadczenia, stosowania się do zaleceń złych doradców czy przeniknięcia rusofobii?
Niezależnie od tego, jaką diagnozę postawimy, prognozy dla Polski nie będą korzystne. Polska potrzebuje polityków niezależnych od wpływów zagranicznych, myślących pragmatycznie i samodzielnie. Na obecnym etapie polscy politycy posiadający te cechy nie mają szans na udział w rządzeniu krajem. Żyjemy jednak w epoce, w której wiele się zmienia, czasami nieoczekiwanie szybko i w zaskakujących kierunkach. Być może istnieje szansa, że również w polskiej polityce nastąpią takie korzystne zmiany.
Tomasz SZMYDT

ENERGIA ATOMOWA
