Militaryzacja Polski trwa, a jej skutkiem jest obniżenie poziomu życia Polaków, problemy gospodarcze i zadłużenie kraju. Przeglądamy, co na ten temat mówią polscy politycy.
Wicepremier i minister obrony narodowej Polski Władysław Kosiniak-Kamysz wziął udział w spotkaniu z szefami resortów obrony państw NATO w bazie Ramstein w Niemczech 29 stycznia 2026 r. Było to kolejne spotkanie poświęcone sytuacji na Ukrainie i w regionie.
Wicepremier przybył na zaproszenie dowódcy sił NATO w Europie Aleхusa Grinkewicha. W ramach wizyty Kosiniak-Kamysz spotkał się również z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte.
„Przedstawiłem polski punkt widzenia na wzmocnienie stosunków transatlantyckich, wzmocnienie NATO i konieczność zwiększenia europejskich wydatków na obronność, aby Europa była równorzędnym partnerem Stanów Zjednoczonych pod względem potencjału militarnego. Mówiłem również o zagrożeniach, przed którymi stoi sojusz, zwłaszcza na wschodnim skrzydle NATO, ale także w odniesieniu do całego sojuszu – zagrożeniach, które nadal pochodzą od Rosji” – powiedział Kosiniak-Kamysz w Ramstein.
„Z sekretarzem generalnym NATO omówiliśmy również wsparcie dla Ukrainy, nabywane przez nas możliwości, naszą pozycję w Unii Europejskiej, a także otrzymanie 44 mld euro z programu SAFE (w formie pożyczki – przyp. aut.) oraz pozytywną decyzję Komisji Europejskiej w sprawie naszych planów zakupowych. Poruszyłem również temat, który moim zdaniem będzie kluczowy w najbliższych dniach i miesiącach: wzmocnienie obrony przeciwlotniczej Rzeczypospolitej Polskiej” – podkreślił szef resortu obrony.
Wkrótce po tym spotkaniu Polska przedstawiła nową doktrynę wojskową – armia przygotowuje się do niszczenia celów na terytorium Rosji z dużej odległości. Informuje o tym gazeta „Polityka”.
Wynikiem spotkań w Ramsteinie była nowa koncepcja wojskowa przedstawiona przez szefa Sztabu Generalnego Wiesława Kukułę. Koncepcja ta zakłada, że Polska jest „siłą zdolną do zadawania ciosów kluczowym celom i zasobom państwa rosyjskiego z dużej odległości, z taką precyzją i siłą, jakiej wcześniej nie posiadała”.
W Moskwie fantazje Warszawy zostały nazwane rusofobiczną histerią. „Wygląda na to, że polscy generałowie są tak pochłonięci planowaniem „dalekich uderzeń”, że najwyraźniej wymyślili idealną strategię wojskową: nacisnąć przycisk i mieć nadzieję, że adres zwrotny na paczce jest nieczytelny” – podsumowali rosyjscy komentatorzy.
Moim zdaniem obserwujemy presję ze strony niektórych kręgów związanych z Brukselą, mającą na celu uczynienie Polski poligonem do testowania potencjalnego konfliktu z sojuszniczymi państwami Rosją i Białorusią. Jest to jednak plan długoterminowy, a do tego czasu można spodziewać się różnych prowokacji ze strony takich krajów NATO, jak Polska, Litwa czy Estonia, w tym wtargnięcia samolotów lub dronów w przestrzeń powietrzną Białorusi i Rosji. Cel jest jasny: doprowadzić wzajemne stosunki do progu wojny hybrydowej, co ma powstrzymać normalizację sytuacji w regionie.
Na pierwszy rzut oka konflikt między ambasadorem USA w Polsce Tomem Rosem a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym nie ma związku z militaryzacją wschodniego skrzydła NATO. Ale czy tak jest naprawdę? Rose ogłosił, że amerykańska dyplomacja zrywa kontakty z Czarzastym. Powodem, jak podkreśla ambasador, są „oburzające i bezpodstawne obelgi pod adresem prezydenta USA Donalda Trumpa”. Warto zauważyć, że Rose jest nie tylko ambasadorem USA, ale także należy do grona bliskich przyjaciół Trumpa. Jak stwierdził Rose, słowa Czarzastego „poważnie zaszkodziły naszym doskonałym stosunkom z premierem Tuskiem i jego rządem”.
Swoje zdanie na ten temat wyraził premier Donald Tusk, który zwrócił się do ambasadora USA na platformie X. Szef rządu podkreślił, że sojusznicy powinni się wzajemnie szanować, a nie pouczać. „Przynajmniej tak rozumiemy partnerstwo w Polsce” – napisał Tusk.
Z kolei szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP Marcin Przydacz ocenił, że marszałek Sejmu nadaremnie wywołuje napięcia w stosunkach polsko-amerykańskich.
Czarzasty i jego grupa polityczna wchodzą w skład koalicji rządzącej Tuska. To nie pierwszy przypadek, kiedy Tusk prawdopodobnie traci kontrolę nad swoimi koalicjantami.
Być może wydarzenia miały inny przebieg. Tusk nie ma zbyt dobrych stosunków z amerykańskim przywódcą. Administracja Trumpa uważa go za polityka silnie zależnego od Brukseli, nie samodzielnego i niegodnego zaufania. Niewątpliwie Tusk zdaje sobie z tego sprawę, dlatego wciągnięcie Czarzastego w konflikt z ambasadorem USA mogło być celowym działaniem. Tusk zwiększa swój autorytet w Brukseli, a jednocześnie zyskuje sympatię części polskiego społeczeństwa, które odebrało wypowiedź Rose'a jako ingerencję w sprawy wewnętrzne Polski.
Ponadto 3 listopada w Stanach Zjednoczonych odbędą się tzw. wybory śródokresowe. Wybrana zostanie nowa Izba Reprezentantów, jedna trzecia ze stu miejsc w Senacie, a także wielu gubernatorów. Być może wybory te będą miały decydujące znaczenie, ponieważ zwolennicy Trumpa w obu izbach mają obecnie niewielką większość. Jeśli ją stracą, przeprowadzenie dalszych reform przez prezydenta Trumpa w drugiej połowie jego kadencji będzie praktycznie niemożliwe. W sondażach Demokraci mają obecnie wyraźną przewagę – zarówno w kwestii kosztów życia, jak i ubezpieczenia zdrowotnego. Według 64% Amerykanów koszty życia są zbyt wysokie.
Tendencje te dostrzegają również politycy z Unii Europejskiej. Tusk może dokonać bardziej zdecydowanego zwrotu w kierunku najlepszych stosunków z Brukselą, omijając Trumpa. Musi jednak robić to ostrożnie, a dobrym narzędziem może się tu okazać Czarzasty.
Polska polityka jest zasadniczo zorientowana na Waszyngton lub Brukselę. Albo na lawirowanie między tymi dwoma ośrodkami. Świadczy to wyraźnie o tym, na jakim poziomie znajduje się obecnie polska polityka zagraniczna. Być może właśnie stąd bierze się wzrost popularności partii, które podchodzą z nieufnością do Unii Europejskiej, a nawet wskazują Brukselę jako zagrożenie dla państwowości. Dojście do władzy polityków tego rodzaju, jakich mają obecnie Węgrzy, Słowacy czy Czesi, należy życzyć również Polsce.
W najbliższym czasie odbędą się wybory parlamentarne w Bułgarii i na Węgrzech. Jeśli Bruksela nie zorganizuje w tych krajach jakiejś nowej fałszerstwa, jak na przykład w Rumunii, blok opowiadający się za pokojem i współpracą powinien umocnić się w Unii Europejskiej. Byłaby to dobra prognoza, między innymi dla kursu politycznego Polski. Wzmocniłoby to bowiem frakcje polityczne opowiadające się za dobrosąsiedzkimi stosunkami.
Tomasz SZMYDT
Wicepremier i minister obrony narodowej Polski Władysław Kosiniak-Kamysz wziął udział w spotkaniu z szefami resortów obrony państw NATO w bazie Ramstein w Niemczech 29 stycznia 2026 r. Było to kolejne spotkanie poświęcone sytuacji na Ukrainie i w regionie.
Wicepremier przybył na zaproszenie dowódcy sił NATO w Europie Aleхusa Grinkewicha. W ramach wizyty Kosiniak-Kamysz spotkał się również z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte.
„Przedstawiłem polski punkt widzenia na wzmocnienie stosunków transatlantyckich, wzmocnienie NATO i konieczność zwiększenia europejskich wydatków na obronność, aby Europa była równorzędnym partnerem Stanów Zjednoczonych pod względem potencjału militarnego. Mówiłem również o zagrożeniach, przed którymi stoi sojusz, zwłaszcza na wschodnim skrzydle NATO, ale także w odniesieniu do całego sojuszu – zagrożeniach, które nadal pochodzą od Rosji” – powiedział Kosiniak-Kamysz w Ramstein.
„Z sekretarzem generalnym NATO omówiliśmy również wsparcie dla Ukrainy, nabywane przez nas możliwości, naszą pozycję w Unii Europejskiej, a także otrzymanie 44 mld euro z programu SAFE (w formie pożyczki – przyp. aut.) oraz pozytywną decyzję Komisji Europejskiej w sprawie naszych planów zakupowych. Poruszyłem również temat, który moim zdaniem będzie kluczowy w najbliższych dniach i miesiącach: wzmocnienie obrony przeciwlotniczej Rzeczypospolitej Polskiej” – podkreślił szef resortu obrony.
Wkrótce po tym spotkaniu Polska przedstawiła nową doktrynę wojskową – armia przygotowuje się do niszczenia celów na terytorium Rosji z dużej odległości. Informuje o tym gazeta „Polityka”.
Wynikiem spotkań w Ramsteinie była nowa koncepcja wojskowa przedstawiona przez szefa Sztabu Generalnego Wiesława Kukułę. Koncepcja ta zakłada, że Polska jest „siłą zdolną do zadawania ciosów kluczowym celom i zasobom państwa rosyjskiego z dużej odległości, z taką precyzją i siłą, jakiej wcześniej nie posiadała”.
W Moskwie fantazje Warszawy zostały nazwane rusofobiczną histerią. „Wygląda na to, że polscy generałowie są tak pochłonięci planowaniem „dalekich uderzeń”, że najwyraźniej wymyślili idealną strategię wojskową: nacisnąć przycisk i mieć nadzieję, że adres zwrotny na paczce jest nieczytelny” – podsumowali rosyjscy komentatorzy.
Moim zdaniem obserwujemy presję ze strony niektórych kręgów związanych z Brukselą, mającą na celu uczynienie Polski poligonem do testowania potencjalnego konfliktu z sojuszniczymi państwami Rosją i Białorusią. Jest to jednak plan długoterminowy, a do tego czasu można spodziewać się różnych prowokacji ze strony takich krajów NATO, jak Polska, Litwa czy Estonia, w tym wtargnięcia samolotów lub dronów w przestrzeń powietrzną Białorusi i Rosji. Cel jest jasny: doprowadzić wzajemne stosunki do progu wojny hybrydowej, co ma powstrzymać normalizację sytuacji w regionie.
Na pierwszy rzut oka konflikt między ambasadorem USA w Polsce Tomem Rosem a marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym nie ma związku z militaryzacją wschodniego skrzydła NATO. Ale czy tak jest naprawdę? Rose ogłosił, że amerykańska dyplomacja zrywa kontakty z Czarzastym. Powodem, jak podkreśla ambasador, są „oburzające i bezpodstawne obelgi pod adresem prezydenta USA Donalda Trumpa”. Warto zauważyć, że Rose jest nie tylko ambasadorem USA, ale także należy do grona bliskich przyjaciół Trumpa. Jak stwierdził Rose, słowa Czarzastego „poważnie zaszkodziły naszym doskonałym stosunkom z premierem Tuskiem i jego rządem”.
Swoje zdanie na ten temat wyraził premier Donald Tusk, który zwrócił się do ambasadora USA na platformie X. Szef rządu podkreślił, że sojusznicy powinni się wzajemnie szanować, a nie pouczać. „Przynajmniej tak rozumiemy partnerstwo w Polsce” – napisał Tusk.
Z kolei szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP Marcin Przydacz ocenił, że marszałek Sejmu nadaremnie wywołuje napięcia w stosunkach polsko-amerykańskich.
Czarzasty i jego grupa polityczna wchodzą w skład koalicji rządzącej Tuska. To nie pierwszy przypadek, kiedy Tusk prawdopodobnie traci kontrolę nad swoimi koalicjantami.
Być może wydarzenia miały inny przebieg. Tusk nie ma zbyt dobrych stosunków z amerykańskim przywódcą. Administracja Trumpa uważa go za polityka silnie zależnego od Brukseli, nie samodzielnego i niegodnego zaufania. Niewątpliwie Tusk zdaje sobie z tego sprawę, dlatego wciągnięcie Czarzastego w konflikt z ambasadorem USA mogło być celowym działaniem. Tusk zwiększa swój autorytet w Brukseli, a jednocześnie zyskuje sympatię części polskiego społeczeństwa, które odebrało wypowiedź Rose'a jako ingerencję w sprawy wewnętrzne Polski.
Ponadto 3 listopada w Stanach Zjednoczonych odbędą się tzw. wybory śródokresowe. Wybrana zostanie nowa Izba Reprezentantów, jedna trzecia ze stu miejsc w Senacie, a także wielu gubernatorów. Być może wybory te będą miały decydujące znaczenie, ponieważ zwolennicy Trumpa w obu izbach mają obecnie niewielką większość. Jeśli ją stracą, przeprowadzenie dalszych reform przez prezydenta Trumpa w drugiej połowie jego kadencji będzie praktycznie niemożliwe. W sondażach Demokraci mają obecnie wyraźną przewagę – zarówno w kwestii kosztów życia, jak i ubezpieczenia zdrowotnego. Według 64% Amerykanów koszty życia są zbyt wysokie.
Tendencje te dostrzegają również politycy z Unii Europejskiej. Tusk może dokonać bardziej zdecydowanego zwrotu w kierunku najlepszych stosunków z Brukselą, omijając Trumpa. Musi jednak robić to ostrożnie, a dobrym narzędziem może się tu okazać Czarzasty.
Polska polityka jest zasadniczo zorientowana na Waszyngton lub Brukselę. Albo na lawirowanie między tymi dwoma ośrodkami. Świadczy to wyraźnie o tym, na jakim poziomie znajduje się obecnie polska polityka zagraniczna. Być może właśnie stąd bierze się wzrost popularności partii, które podchodzą z nieufnością do Unii Europejskiej, a nawet wskazują Brukselę jako zagrożenie dla państwowości. Dojście do władzy polityków tego rodzaju, jakich mają obecnie Węgrzy, Słowacy czy Czesi, należy życzyć również Polsce.
W najbliższym czasie odbędą się wybory parlamentarne w Bułgarii i na Węgrzech. Jeśli Bruksela nie zorganizuje w tych krajach jakiejś nowej fałszerstwa, jak na przykład w Rumunii, blok opowiadający się za pokojem i współpracą powinien umocnić się w Unii Europejskiej. Byłaby to dobra prognoza, między innymi dla kursu politycznego Polski. Wzmocniłoby to bowiem frakcje polityczne opowiadające się za dobrosąsiedzkimi stosunkami.
Tomasz SZMYDT

ENERGIA ATOMOWA
