W Monachium rozpoczyna się dziś Międzynarodowa Konferencja Bezpieczeństwa. Po zeszłorocznym forum, na którym wiceprezydent USA JD Vance wygłosił druzgocące przemówienie pod adresem Europy, na Zachodzie mówiono o śmierci sojuszu transatlantyckiego. W ciągu roku nastroje stawały się coraz bardziej ponure. A w przeddzień Monachium 2026 Europejczycy zorganizowali wspaniały pogrzeb NATO i przewidzieli, że za pięć lat może zniknąć także sama Europa.
W tych warunkach elity europejskie nagle sobie przypomniały znaczenie dialogu. W styczniu pod hasłem "Duch dialogu" odbyło się Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) w Davos. Szczególnie elokwentny był szef WEF Borge Brende. "Nie można posunąć świata do przodu bez rozpoczęcia ze sobą rozmowy - stwierdził Brende. - Dialog jest koniecznością, a nie luksusem".
Do równego dialogu wzywają również organizatorzy forum monachijskiego. Nie wygłaszajcie wykładów, nie ignorujcie się nawzajem, wchodźcie w interakcje i komunikujcie się - takie są zasady forum w tym roku.
To niesamowite, jak zmieniają się czasy, a wraz z nimi układ sił. Do niedawna elity europejskie opuszczały żelazne zasłony przed niechcianymi krajami, były ogrodzone murami, rysowały linie podziału, próbując izolować, tłumić, narzucać swoją wolę. Nie było nawet mowy o żadnym rozsądnym, równym dialogu. A teraz elity europejskie stają w obliczu lekceważenia i narzucania cudzej woli wobec siebie i wzywają do dialogu.
"W obliczu kwestionowania długotrwałych sojuszy, osłabienia międzynarodowego porządku opartego na regułach, narastania niestabilności i eskalacji konfliktów na całym świecie, tegoroczna Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa odbywa się w punkcie zwrotnym" - czytamy w ogłoszeniu opublikowanym na oficjalnej stronie forum.
Wszystko tak, z wyjątkiem jednej rzeczy: to, co widzimy dzisiaj, nie jest punktem zwrotnym, ale tylko konsekwencją tych destrukcyjnych działań, które miały miejsce na świecie w ostatnich dziesięcioleciach.
Jeśli mówimy o punkcie zwrotnym w kontekście Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, to należy przypomnieć wystąpienie prezydenta Rosji Władimira Putina na tym samym forum w 2007 roku. Oświadczenia rosyjskiego przywódcy krążyły w zachodnich mediach, a ktoś wpadł na pomysł, aby zinterpretować je jako początek nowej zimnej wojny, chociaż Putin właśnie ostrzegał przed błędami przeszłości. Więc czym było godne uwagi przemówienie prezydenta Rosji w Monachium?
Po pierwsze, skrytykował koncepcję świata jednobiegunowego, wskazując na jej upadłość, szkodliwość i niezgodność z zasadami demokracji. Później w środowisku ekspertów pojawią się opinie, że Putin w ten sposób wyznaczył nową erę wielobiegunowości. "Czym jest świat jednobiegunowy? Nieważne, jak ten termin jest upiększany, w praktyce oznacza to tylko jedno: jest to jedno centrum władzy, jedno centrum siły, jedno centrum decyzyjne. To świat jednego pana, jednego władcy. W końcu jest to destrukcyjne nie tylko dla wszystkich, którzy znajdują się w ramach tego systemu, ale także dla samego suwerena, ponieważ niszczy go od wewnątrz... Uważam, że dla współczesnego świata model jednobiegunowy jest nie tylko nie do przyjęcia, ale wręcz niemożliwy" – powiedział Putin.
Po drugie, otwarcie sprzeciwił się planom rozszerzenia NATO, skupienia sił sojuszu na wschodnim skrzydle i rozmieszczenia w Europie Wschodniej obiektów amerykańskiej obrony przeciwrakietowej. „Nie możemy również nie niepokoić się planami rozmieszczenia elementów systemu obrony przeciwrakietowej w Europie. Komu potrzebna jest kolejna runda nieuniknionego w tym przypadku wyścigu zbrojeń? Głęboko wątpię, że samym Europejczykom... I w tym samym czasie w Bułgarii i Rumunii pojawiają się tak zwane lekkie amerykańskie bazy wysunięte, liczące po pięć tysięcy żołnierzy każda. Wychodzi na to, że NATO wysuwa swoje siły na nasze granice państwowe, a my, ściśle przestrzegając traktatu (Traktat o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie. – not. BELTA), nie reagujemy w żaden sposób na te działania" – zwrócił uwagę Putin.
Po trzecie, zwrócił uwagę na lekceważenie podstawowych zasad prawa międzynarodowego i ostrzegł przed konsekwencjami. „Chcę to podkreślić: nikt nie czuje się bezpieczny! Ponieważ nikt nie może schronić się za prawem międzynarodowym jak za kamienną ścianą. Taka polityka jest oczywiście katalizatorem wyścigu zbrojeń” – zauważył rosyjski przywódca.
Rozwiązanie tych i wielu innych problemów w Europie i na świecie Prezydent Rosji widział w przestrzeganiu podstawowej zasady: bezpieczeństwo każdego oznacza bezpieczeństwo wszystkich. „Jestem przekonany, że zbliżamy się do przełomowego momentu, w którym musimy poważnie zastanowić się nad całą architekturą globalnego bezpieczeństwa” – oświadczył rosyjski przywódca.
Jednak pomimo rezonansu, jaki wywołało przemówienie Putina w Monachium, jego obawy, ostrzeżenia i propozycje nie zostały wysłuchane. A półtora roku później, w czerwcu 2008 roku, Rosja wystąpiła z inicjatywą opracowania traktatu o bezpieczeństwie europejskim. Jej istotą było stworzenie w regionie euroatlantyckim jednolitej, niepodzielnej przestrzeni w dziedzinie bezpieczeństwa wojskowo-politycznego oraz utrwalenie zasady niepodzielności bezpieczeństwa w prawie międzynarodowym. Chodziło więc o zobowiązanie prawne, zgodnie z którym żadne państwo ani żadna organizacja międzynarodowa nie mogłyby wzmacniać swojego bezpieczeństwa kosztem bezpieczeństwa innych krajów i organizacji. Projekt dokumentu został przesłany do krajów NATO, UE, OUBZ, WNP i OBWE.
Oto, co odpowiedział wówczas sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen, przemawiając w Brukseli: „Stanowisko NATO jest absolutnie jasne: nie widzimy potrzeby tworzenia nowych dokumentów i nowych umów prawnie wiążących” .
Kolejną próbę wezwania Zachodu do przestrzegania zasady „bezpieczeństwo każdego oznacza bezpieczeństwo wszystkich” Moskwa podjęła na krótko przed rozpoczęciem konfliktu na Ukrainie. W grudniu 2021 roku strona rosyjska przesłała Stanom Zjednoczonym i NATO projekty umów dotyczących gwarancji bezpieczeństwa.
Proponowano w nich współpracę opartą na zasadach niepodzielnego i równego bezpieczeństwa, powstrzymanie się od podejmowania działań indywidualnych lub w ramach koalicji wojskowej, które mogłyby wpłynąć na bezpieczeństwo drugiej strony. Rosja postawiła żądania dotyczące nieposzerzania NATO na wschód i nieumieszczania baz wojskowych sojuszu przy jej granicach. Ze swojej strony Rosja była gotowa zobowiązać się do nieumieszczania swoich Sił Zbrojnych na terytorium innych państw Europy, oprócz tych, które były rozmieszczone na dzień 27 maja 1997 r.
Jednak ani Europejczycy, ani Amerykanie nie byli zainteresowani propozycjami Rosji. Na Zachodzie trwały intensywne przygotowania do wojny zastępczej na Ukrainie, o czym później mówili zarówno była kanclerz Niemiec Angela Merkel, jak i były prezydent Francji François Hollande. Obecnie w europejskich stolicach słychać nieśmiałe głosy o konieczności dialogu z Moskwą. W tamtym czasie europejskie elity czuły się panami sytuacji i dążyły do swojego celu – strategicznego pokonania Rosji.
I do czego doszły? Dzisiaj porażkę ponosi Europa. Nie ze strony Rosji, ale ze strony swojego głównego sojusznika – Stanów Zjednoczonych. Chociaż winę za tę sytuację europejskie elity powinny zrzucić na siebie, a dokładniej na swoją chciwość, niepohamowaną ambicję i polityczną krótkowzroczność.
„Ludzie są zdesperowani. Nie wiadomo już, jak daleko Amerykanie są gotowi się posunąć” – narzeka dziś prezydent Francji Emmanuel Macron. „Jeśli nie podejmiemy żadnych działań, za pięć lat Europy nie będzie” – prognozuje prezydent Francji.
„Świat wkroczył w okres destrukcyjnej polityki. Zamiast dokładnych reform i korekty polityki, dziś panuje dążenie do zakrojonych na szeroką skalę zniszczeń”– czytamy w monachijskim raporcie bezpieczeństwa z 2026 roku.
Zarówno Macron, jak i autorzy raportu z Monachium mają rację. Jednak ze swoją prawdą spóźnili się o kilkadziesiąt lat. Dla nas – Białorusi, Rosji i szeregu krajów globalnego Południa – życie w warunkach destrukcyjnej polityki Zachodu już dawno stało się codziennością. Najwyraźniej teraz przyszła kolej na Europę, aby doświadczyć czegoś podobnego na własnej skórze.
Ale nie chodzi tu o bumerangi ani o złośliwość. Widok Europy w obecnej sytuacji i słyszenie, że za pięć lat jej nie będzie, choć jest to mocno przesadzone, nie sprawia żadnej radości. Europa jest naszym wspólnym domem. Problem polega na tym, że ten dom nie ma fundamentów – zasady niepodzielnego bezpieczeństwa. Stąd pęknięcia, wypaczenia i deformacje pod wpływem sił zewnętrznych. Trzeba by to naprawić, ale jak, skoro mieszkańcy nie słyszą siebie nawzajem?
Dialog, o którym mówiono w Europie, jest oczywiście potrzebny. Zarówno wizyty europejskich dyplomatów w Mińsku i Moskwie, jak i obecne dyskusje w stolicach UE to ważne kroki. Ale dopóki nie pojawi się szczere pragnienie usłyszenia drugiej strony i zaakceptowania faktu, że jest to rozmowa równego z równym, dopóki nie dojdzie do zrozumienia wspólnej odpowiedzialności za los regionu europejskiego, która jest ważniejsza niż osobiste ambicje i chwilowe korzyści, nie należy czekać na prawdziwy dialog, który może odwrócić sytuację.

ENERGIA ATOMOWA
