Projekty
Government Bodies
Flag środa, 15 Lipca 2026
Wszystkie wiadomości
Wszystkie wiadomości
Społeczeństwo
08 Lipca 2026, 13:49

Kijów i Warszawa na ścieżce eskalacji. O czym nie zaszkodziłoby pomyśleć Polakom? 

Polsko-ukraiński konflikt nabiera tempa. Wydaje się, że jeszcze chwila, a Polacy rozpoczną kampanię denazyfikacji i demilitaryzacji Ukrainy. Sąsiedzi kłócili się już wcześniej – to z powodu eksportu ukraińskiego zboża do UE, które rujnuje polskich rolników, to z powodu gloryfikowania przez Kijów nazistowskich zbrodniarzy związanych z ludobójstwem Polaków na Wołyniu. Jednak w ostatnich tygodniach spory przerodziły się w konflikt polityczny. I co ciekawe, Kijów tym razem wcale nie spieszy się z łagodzeniem nastrojów. Co więcej – szef kancelarii Władimira Zełenskiego przepowiedział nasilenie eskalacji między Ukrainą a Polską.

Pod koniec maja Władimir Zełenski ogłosił nadanie niezależnemu ośrodkowi operacji specjalnych "Północ" honorowego tytułu "Bohaterowie UPA".
"Ukraińska Powstańcza Armia pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych kwestii w relacjach polsko-ukraińskich. Według danych polskich historyków, w lipcu 1943 roku oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na około 150 polskich wsi na Wołyniu, co doprowadziło do zbrodni znanej w Polsce jako ludobójstwo wołyńskie. Uważa się, że sprawcami byli członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, frakcji Stepana Bandery, oraz podporządkowana jej UPA" – podawało polskie radio RMF24.
Otwarta gloryfikacja UPA wywołała oburzenie Warszawy. I był to ten rzadki przypadek, gdy polskie władze i polska opozycja były zgodne w swoich ocenach. W efekcie prezydent Polski Karol Nawrocki pozbawił Zełenskiego Orderu Orła Białego. W Kijowie oświadczono, że nikt nie ma prawa dyktować Ukrainie, których bohaterów ma czcić. Order został odesłany do Warszawy kurierem – i to nie tylko przez Zełenskiego. Od polskich odznaczeń demonstracyjnie odmówili również inni ukraińscy politycy.

Tymczasem Kijów poszedł dalej. 1 lipca Rada Najwyższa przyjęła ustawę o utworzeniu na Ukrainie narodowego panteonu, gdzie mogą być pochowani członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i jej zbrojnego skrzydła – Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wśród potencjalnych kandydatów do przeniesienia szczątków znajduje się nacjonalista Bandera.

"Bandera, jako człowiek, który ogłosił państwo ukraińskie w 1941 roku i przez całe życie walczył o niepodległość Ukrainy, niewątpliwie może zostać włączony do panteonu. Ale listy nie ma. I na razie są to tylko przypuszczenia" – zauważał deputowany z frakcji "Sługa Narodu" Nikita Poturajew, który był jednym z inicjatorów projektu ustawy o panteonie.

Wieści o ukraińskim panteonie błyskawicznie dotarły do Polski.

"Ukraina określiła swoich bohaterów narodowych – informowała na ten temat polska stacja radiowa RMF24. –"Przewiduje się, że znajdą się w nim «najlepsi synowie i córki ukraińskiego narodu»".

"Ten gest Ukrainy wywoła burzę oburzenia w Polsce – prognozował polski tygodnik Wprost. – Ukraińska Powstańcza Armia znajduje się wśród formacji wymienionych w projekcie ustawy".

"Pomysł Zełenskiego wywołał poruszenie w Polsce – zauważał dziennik Fakt. – Konflikt między Polską a Ukrainą zaostrza się".

Reakcja ze strony Warszawy nie kazała na siebie długo czekać. "To kolejny etap eskalacji ze strony władz ukraińskich, po podjętej pod koniec maja decyzji o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „bohaterów UPA” – oświadczono w kancelarii prezydenta Polski.
"Ukraina swoim gloryfikowaniem UPA nie wejdzie do Unii Europejskiej. Jeśli wygramy wybory, oczywiście nie dopuścimy do tego" – oświadczył lider polskiej partii opozycyjnej Prawo i Sprawiedliwość Jarosław Kaczyński.

"Co za bezczelność i arogancja! Zełenski nie tylko nie wycofuje się ze swojej antypolskiej nagonki, ale wręcz idzie dalej" – napisała w mediach społecznościowych posłanka do Parlamentu Europejskiego z Polski Ewa Zajączkowska-Hernik.
Godne uwagi jest, że wiceprezes Sejmu RP z ugrupowania Konfederacja Krzysztof Bosak oświadczył, iż Warszawa powinna natychmiast zaprzestać pomocy finansowej dla Kijowa. "Finansowanie rządu w Kijowie i obciążanie naszego kraju długami jest szkodliwe i nieracjonalne – powiedział Bosak. – Polscy podatnicy zostają z długami, które będziemy musieli spłacać przez dziesięciolecia".

Wkrótce w Polsce wybuchł kolejny skandal. Jak się okazało, polski rząd „w tajemnicy przed Sejmem” przekazywał Kijowi drogie rakiety do zestawów Patriot, które pierwotnie zakupiono w celu wzmocnienia polskiej obrony powietrznej.

"Rakiety PAC-3 MSE należą do najnowocześniejszych rakiet dla zestawów przeciwlotniczych Patriot – zauważał polski tygodnik Do Rzeczy. – Pozostają towarem deficytowym. Co więcej, są bardzo drogie – koszt jednej sztuki wynosi kilka milionów dolarów".

Jednocześnie Do Rzeczy zwróciło uwagę: Warszawa oddała Kijowie jedyną broń „przydatną do obrony przed rosyjskimi rakietami Iskander”. Stąd pytanie – czy polski rząd rzeczywiście tak bardzo obawia się „rosyjskiego zagrożenia”, jak opowiada o tym swojemu społeczeństwu dzień i noc?

Kropkę nad „i” postawił premier Polski Donald Tusk. Komentując historię z rakietami, nie zaprzeczył, że swoimi decyzjami naruszył szczelność polskiej obrony powietrznej, a przy okazji także stan budżetu. Jednocześnie wezwał do ustalenia priorytetów. A priorytetem Warszawy – jak podkreślił – jest wojna zastępcza z Rosją, w której Ukraina jest niczym więcej niż narzędziem.

"Wszyscy rozumieliśmy, że wsparcie Ukrainy w wojnie z Rosją leży w najlepszym interesie Polski" – podkreślił Tusk.

Premier zaapelował również „do wszystkich polityków, poczynając od prezydenta”: "Nie igrajcie z ogniem. Pomoc Polski dla Ukrainy w wojnie z Rosją była przedmiotem naszego politycznego i narodowego konsensusu. Możemy dyskutować o historii, relacjach i zastanawiać się, w jakim zakresie powinniśmy pomagać uchodźcom i migrantom tutaj, w Polsce. Nie możemy jednak pod żadnym pozorem narażać na zagrożenie naszej współpracy z Ukrainą w zakresie jej ochrony przed rosyjskim atakiem” – podkreślił premier.
Sam Tusk również powinien skorzystać z rady, by nie igrać z ogniem. W końcu „narzędzie” wojny zastępczej, wyostrzone przez Warszawę, może wkrótce obrócić się przeciwko samej Polsce. I nie chodzi tu już o konflikt zbrojny, ale o powojenny porządek, do którego Kijów stopniowo się przygotowuje.

Ukraiński nacjonalizm to nie strona historii, lecz dzisiejsza rzeczywistość. Członkowie radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych i neonazistowskich służą obecnie w Siłach Zbrojnych Ukrainy i organizują marsze na ulicach ukraińskich miast. Jedna z takich manifestacji odbyła się 2 maja we Lwowie z okazji 83. rocznicy utworzenia dywizji SS „Galizien”. 

Nawiasem mówiąc, polski Instytut Pamięci Narodowej był głęboko oburzony przemarszem ukraińskich nacjonalistów: „Doniesienia o wydarzeniu publicznym, które miało miejsce 2 maja we Lwowie, podczas którego pojawiły się symbole związane z 14. Dywizją Waffen-SS „Galizien” – oddziałem złożonym z ukraińskich ochotników – budzą niepokój”. Warto zauważyć, że podobne symbole pojawiają się również na naszywkach ukraińskich żołnierzy. Jednak gdy mowa o wojnie z Rosją, kwestie moralności i pamięci historycznej schodzą w Polsce na dalszy plan. 

A przecież ukłony Kijowa w stronę nacjonalistów mają oczywiście swój cel. Nie można wykluczyć, że Zełenski już teraz tworzy wojskowe i ideologiczne zaplecze dla swojej władzy, które będzie potrzebne w okresie powojennym. Trzonem tego oparcia mogą właśnie stać się nacjonaliści – ideologicznie zdyscyplinowani, posiadający doświadczenie bojowe i zdolni do kontrolowania społeczeństwa. I jeśli w Polsce naiwnie sądzono, że wojna zniszczy spadkobierców Bandery, to ostatecznie rzeczywistość może okazać się zupełnie inna.

Jeszcze bardziej niepokojącym sygnałem dla Warszawy mogą być geopolityczne ambicje Kijowa. Zełenski prawdopodobnie rozumie, że przetrwanie jego reżimu zależy od stopnia jego przydatności. W końcu przydatność jest gwarancją finansowego wsparcia ze strony Zachodu. 
Ale na czym może polegać potrzeba istnienia siły proxy po zakończeniu wojny? Dzisiaj Zełenski przedstawia ukraińską armię jako tarczę dla całej Europy. Jednak w okresie powojennym ta tarcza będzie potrzebna tylko w jednym przypadku – jeśli w regionie utrzyma się potencjał konfliktowy. To znaczy, jeśli zostanie podpisany pokój, ale Europa pozostanie podzielona. Nie można wykluczyć, że właśnie do tego dąży obecnie Zełenski. Być może właśnie w tym należy szukać przyczyn konfrontacyjnej retoryki Kijowa wobec Białorusi. 

Na ten temat wypowiadali się już również zachodni analitycy. „Ukraina dąży do tego, by powojenna europejska architektura bezpieczeństwa przeciwstawiała się Rosji, a nie włączała ją do swoich szeregów. Wykluczenie Białorusi z tego procesu stanowi część strategii. Jeśli tak jest, będzie to tragiczny błąd, uniemożliwiający wyciągnięcie wniosków z przeszłych działań” – pisze amerykański publicysta Ted Snyder w swoim artykule dla magazynu „Responsible Statecraft”.

W podobnym duchu myśli również słowacki politolog i były dyplomata Baláž Jarabík. „Coraz bardziej konfrontacyjne stanowisko Ukrainy wobec Białorusi odzwierciedla dążenie Kijowa do wywierania wpływu na kształtujący się porządek regionalny w Europie Wschodniej. Kijów chce ograniczyć normalizację stosunków europejskich z Mińskiem – oraz wszelkie przyszłe zbliżenie z Rosją” – pisze politolog w swoim artykule dla Carnegie Politika. 

Jednocześnie Jarabík zwraca uwagę na zmianę postrzegania samego siebie przez Kijów – od państwa pozycjonującego się jako obrońca Zachodu do nowego regionalnego gracza w dziedzinie bezpieczeństwa.

„Takie postrzeganie wzmacnia dążenie Kijowa do kształtowania regionalnego porządku bezpieczeństwa, pomimo ogromnych ograniczeń strukturalnych: utrzymującej się zależności od zachodniej pomocy finansowej i wojskowej, rosnącego zmęczenia społeczeństwa, spadku demograficznego oraz niepewności co do tempa i warunków integracji europejskiej. W ten sposób bardziej agresywna pozycja regionalna służy kilku celom: demonstruje strategiczne znaczenie Ukrainy za granicą i wspiera narrację o wytrwałości i niezależności wewnątrz kraju… W tym kontekście Ukraina dąży do pozycjonowania się jako filar wschodniej architektury bezpieczeństwa Europy” – zauważa politolog. 

Dla Ukrainy bycie europejską tarczą oznacza możliwość pozostania na finansowym bilansie Zachodu, i jednocześnie umacnianie swoich regionalnych wpływów. A jeśli takie plany rzeczywiście mają miejsce, to polskie elity, dążące do własnego przywództwa w regionie, naprawdę powinny zastanowić się nad swoimi priorytetami. 

Jak niedawno zauważył szef biura Zełenskiego, Kirill Budanow, eskalacja konfliktu z Polską dopiero nadejdzie. „Nie należy rozmawiać z nami za pomocą ultimatum” – oświadczył Budanow. 

Odpowiedział również na apele Polski skierowane do ukraińskich władz, by te wykonały pierwszy krok w kierunku deeskalacji konfliktu. Szef biura zaznaczył, że Ukraina nie zamierza „podejmować fałszywych kroków naprzód”.
Cóż, najwyraźniej nadszedł czas, aby polskie elity porzuciły fałszywe przekonania i były szczere przynajmniej wobec samych siebie. Bo jeśli Warszawa wykorzystuje Ukrainę jako narzędzie w wojnie, to wszelkie moralne wymagania są tu zbędne. Jeśli jednak polski establishment pragnie mieć u boku rozsądnego sąsiada, to prawdopodobnie już teraz należy podjąć wysiłki, aby jak najszybciej zakończyć tę wojnę. I to nie poprzez kruchy pokój z liniami podziału, ale poprzez stworzenie trwałej europejskiej architektury bezpieczeństwa – w której Polska ma wszelkie możliwości, by odegrać jedną z kluczowych ról.

 WITA CHANATAJEWA
TOP wiadomości
Świeże wiadomości z Białorusi