Aktualności tematyczne
"Białorusini w kadrze "
Oleg Kulczy nazywa siebie szczęśliwym człowiekiem. Nawet pomimo wszystkich przeciwności, które spotkały się na jego drodze życiowej. Jako niemowlę został odrzucony przez matkę, i chłopiec, u którego zdiagnozowano porażenie mózgowe, trafił do ośrodka dla dzieci niepełnosprawnych fizycznie. Od urodzenia nie chodził. Dopiero w wieku 10 lat po operacji stanął na nogach. Zaczął się poruszać, ale z trudem - tylko na palcach. W wieku 26 lat, dzięki technologii laserowej, zaczął stawać również na piętach. Opowiadamy historię tego silnego człowieka, który po pokonaniu wszystkich trudności uczy osoby niepełnosprawne, aby nigdy się nie poddawały.
Do 10 roku życia nie mógł chodzić
Oleg Kulczy urodził się w wiosce Lipinki powiatu brzeskiego, ale jego wspomnienia z dzieciństwa nie są związane z tym miejscem. W dzieciństwie został porzucony przez matkę. W ten sposób znalazł się w Reczyckim specjalnym domie-internacie dla dzieci z niepełnosprawnością fizyczną. Po urodzeniu zdiagnozowano u niego dziecięce porażenie mózgowe, i do 10 roku życia nie chodził.
Lekarze podcięli mu ścięgna Achillesa i zainstalowali specjalne płytki, aby naprawić stopy. Początkowo chłopiec zaczął poruszać się na palcach, za co w szkole nazywano go "baleriną". Dopiero w wieku 26 lat, po przejściu korekcji laserowej, zaczął stawać również na piętach.
- Dzięki białoruskim chirurgom i opiece specjalistów szkoły-internatu zacząłem chodzić po tej ziemi moimi, choć obolałymi nogami - zauważa z wdzięcznością Oleg Kulczy i przyznaje, że trudno mu było zaakceptować swoją niepełnosprawność. Podobnie jak bolesne było przebywanie z sierotami w ośrodku, gdy inne dzieci wyjeżdżały na wakacje do swoich krewnych.
- A jednak pojęcie "ciężko" nas opuszczało, gdy w pobliżu pojawiali się przyjaciele, nauczyciele i specjaliści naszej placówki - opowiada rozmówca. - Dzieci zawsze były czymś zachwycone. Po zajęciach np. uprawiały sport, grały w siatkówkę, koszykówkę albo coś robiły w warsztatach stolarskich, ślusarskich i krawieckich szkoły. Mieliśmy też własne gospodarstwo pomocnicze, w którym opiekowaliśmy się zwierzętami. Sami też sadziliśmy warzywa na grządkach, sprzątaliśmy na dziedzińcu szkoły, nakrywaliśmy do stołu w jadalni. Wszystko robiono oczywiście pod nadzorem osoby dorosłej.
Każdy uczeń miał swój własny obszar odpowiedzialności, w którym mógł się ujawnić, zdobyć ważne umiejętności do dalszego niezależnego życia.
Główna motywacja: trzeba!
W szkole Oleg aktywnie uczestniczył w występach amatorskich zespołów artystycznych, a od szóstej klasy stał się prowadzącym różnych uroczystości, wieczorów odpoczynku.
- Mieliśmy szczęście z zespołem pedagogicznym, który potrafił zbudować pracę tak, aby każda osoba niepełnosprawna mógła się zrealizować w takim czy innym stopniu. Na przykład nasza nauczycielka Galina Petrowna Bełaja powtarzała tak ważne dla nas słowo: "Trzeba!". Teraz, gdy ludzie podchodzą do mnie i mówią: "Olegu Wasiljewiczu, naprawdę potrzebuję pomocy", rozumiem: to jest ten sam przypadek, kiedy osoba musi być wspierana, więc ja jej pomagam" - mówi z uśmiechem rozmówca.
Ponadto w szkole-internacie działał samorząd. Oleg Kulczy jako przewodniczący Rady Szkolnej wchodził w skład wielu komisji, w których wymagany był przedstawiciel od uczniów. Na otwartej lekcji "Gdybym był prezydentem" został przydzielony wraz z kolegą z klasy do opracowania programów gospodarczych i obrony ich na szczeblu powiatowym.
- Bardzo mi się to przydało w dorosłym życiu, kiedy w wieku 23 lat zostałem awansowany na stanowisko szefa organizacji powiatowej Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych, a w wieku 29 lat - na poziom regionalny. Te kroki właśnie stworzyły solidne podstawy umiejętności zarządzania. Do tej skarbonki dodała także praca szefa biura dyspozytorskiego warsztatu termicznego przedsiębiorstwa "Gomselmasz", którego produkcja była związana z prawie wszystkimi warsztatami zakładu - opowiada o etapach wzrostu nasz bohater.
Całe stypendium - na cukierki
Po szkole Oleg Kulczy wstąpił do Homelskiego Koledżu Spółdzielczości Spożywczej i zaczął żyć samodzielnie.
- Najpierw musiałem nauczyć się liczyć pieniądze, aby wystarczyły na określony czas - wspomina Oleg Wasiljewicz i przyznaje z uśmiechem, że całe swoje pierwsze stypendium wydał na słodycze. - To znaczy, że nie miałem pojęcia, że trzeba żyć z tych finansów przez cały miesiąc, kupować artykuły spożywcze lub coś innego ważnego.
Ale w koledżu facet nie został sam ze swoimi problemami i zmartwieniami. Wspierali go nauczyciele i przyjaciele. Teraz wiele rzeczy przypomina się z tamtego życia, w tym śmieszne historie.
- Kiedy na pierwszym roku przyszła moja kolej, aby ugotować obiad dla chłopaków w pokoju, ugotowałem ogromny garnek kaszy gryczanej. Potem była to kolacja dla całego akademika. Chodzi o to, że w szkole tylko nakrywaliśmy do stołu, nie nauczono nas gotować. Ale na studiach szybko opanowałem wszystko - opowiada.
Nawiasem mówiąc, w przeddzień wstąpienia do profesjonalnej instytucji Oleg wygrał regionalny konkurs poetycki zorganizowany przez Białoruskie Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych, a nawet przeszedł do finału konkursu republikańskiego. Po powrocie laureat został poproszony o wystąpienie przed kolegami, po czym facet został jeszcze bardziej szanowany.
Zygzaki losu Olega Kulczy
Po ukończeniu koledżu zaczął pracować jako dyspozytor w powiecie reczyckim. Rozsądny facet został szybko zauważony w zarządzie ds. pracy, płac i ochrony socjalnej powiatowego komitetu wykonawczego i zaproponowano mu zostać kierownikiem powiatowej organizacji Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych.
Tam pracował w niepełnym wymiarze godzin przez trzy lata. Równolegle pracował w Terytorialnym Ośrodku Pomocy Społecznej - zajmował się osobami niepełnosprawnymi. Wkrótce Oleg Wasiljewicz został wybrany na przewodniczącego Homelskiego zarządu obwodowego Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych.
- Praca okazała się trudniejsza. Oprócz rozwiązywania problemów społecznych osób niepełnosprawnych, trzeba było zagłębić się w kwestie produkcyjne. Ale nie poddałem się - starałem się dotrzeć do sedna każdego problemu. Dzięki temu i dobrze dobranej ekipie wszystko rozwiązywano dość skutecznie - podkreśla rozmówca.
Po pewnym czasie, z powodów rodzinnych, Oleg Kulczy przeszedł do pracy w przedsiębiorstwie "Gomselmasz" jako szef biura produkcyjno-dyspozytorskiego warsztatu termicznego. Potem czekała na niego przeprowadzka do Mińska. Powód był osobisty. W tamtych latach los naszego bohatera nie był łatwy. Rozwiódł się z pierwszą żoną, która potem wyjechała za granicę i zabrała ze sobą ich wspólną córkę. Oleg Wasiljewicz ożenił się ponownie. Z drugą żoną Tatjaną Michajłowną poznał się na jednym z corocznych międzynarodowych festiwali twórczości osób z niepełnosprawnością im. Igora Luczenka, który odbywał się na Słowiańskim Bazarze w Witebsku. Para ma córkę Werę. Po śmierci pierwszej żony postanowili zabrać córkę Eugenię. Obecnie w rodzinie Kulczy są dwie dziewczynki.
- W stolicy zaproponowano mi stanowisko specjalisty ds. pracy socjalnej "Invacentra" Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych. Jako osoba systemu społecznego od urodzenia rozumiem wszystkie mechanizmy jego działania od wewnątrz, i problemy każdego, kto mieszka w naszej instytucji, są dla mnie bliskie. Ułatwia to znalezienie ich rozwiązania. Wiem, jak nauczyć człowieka, aby żył pełnią życia bez opieki.
Na stanowisku zastępcy dyrektora ds. pracy socjalnej Oleg Kulczy pracuje już od 10 lat. I podkreśla, że w ich placówce są ludzie o specjalnych potrzebach, ale jednocześnie - o specjalnych talentach.
- W końcu niepełnosprawność nie jest diagnozą, ale pewnym stylem życia. W naszej mocy jest wypełnienie jego pozytywnością. Oczywiście, przy wsparciu krewnych i przyjaciół - jest przekonany nasz bohater.
Obcy ludzie mogą zostać rodziną
Dziś absolwenci domów-internatów i domów typu rodzinnego, jak kiedyś nasz bohater, przechodzą swoje ścieżki socjalizacji. Nie mają mamy, taty, nauczyciela za plecami, którzy mogą pomóc w razie niepowodzenia. Muszą starać się samodzielnie rozwiązywać wszystkie problemy.
- Każdy, kto trafia do "Invacentrum" Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych, znajduje się w rodzinie, która będzie wspierać w każdej sprawie, w tym w realizacji twórczych aspiracji - zapewnia Oleg Kulczy.
Za prawdziwego bohatera uważa kierownika kursów rehabilitacji sportowej Nikołaja Mohorewa. Wychował go Zasłużony Działacz Sportu Republiki Białorusi Borys Baczkowski. I dziś uczeń kontynuuje pracę mentora, pomagając ludziom znaleźć swoje miejsce w życiu i sporcie.
W "Invacentrum" Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych Oleg Kulczy spotkał się ze swoją koleżanką z klasy Natalią. Jako osoba zakochana w sporcie przeszła tutaj drogę od poziomu amatorskiego do mistrza.
- Nazywamy ją żabą podróżniczką, ponieważ co roku podróżuje do różnych krajów, w celach sportowych i rekreacyjnych - mówi Oleg Wasiljewicz. - Dla mojej koleżanki z klasy wózek inwalidzki nie stanowi problemu. W zeszłym tygodniu Natalia wróciła z pielgrzymki z dziećmi do Budapesztu. Takie podejście do życia i podopiecznych jest ważnym bodźcem do możliwości samorealizacji i wzrostu niezależności.
W Centrum jest wielu niepełnosprawnych, którzy lubią sport i kreatywność. Teraz, na przykład, trwa przygotowanie projektu "101 kadr z życia osób niepełnosprawnych". Na niektórych zdjęciach schodzą na kajakach, na innych skaczą ze spadochronem, biorą udział w różnych międzynarodowych zawodach.
Często do "Invacentrum" Białoruskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych przychodzą dzieci z rodzin, których rodzice starali się ułatwić im życie.
- Takie matki i ojcowie nie rozumieją, że w ten sposób wyrządzają dzieciom krzywdę. W końcu, gdy ich rodzice umrą, pojawią się duże trudności. Na przykład mamy mężczyznę, dla którego mama rozwiązywała wszystkie problemy aż do jego 60-lecia. I teraz bardzo trudno mu się socjalizować - podkreśla rozmówca.
Jest tu również cerkiew prawosławna, w której parafianom pomaga się zdobyć i utrzymać wiarę nie tylko w siebie i swoją siłę.
- W "Invacentrum" uczymy się samodzielnie pokonywać wszystkie trudności, które pojawiają się w naszym życiu. Jednocześnie wiem na pewno: ważne jest, aby dać potrzebującemu wędkę, a nie rybę. Na tym polega główna idea i filozofia działalności naszej instytucji - mówi Oleg Kulczy.
Oleg Kulczy w wieku 26 lat odszukał swoją matkę, otrzymując kopię jej odmowy.
- Na spotkaniu powiedziałem jej szczere podziękowania za czyn, który zrobiła. Może wtedy tego nie rozumiała. Uważam, że mieszkając na wsi, nie byłaby w stanie dać mi wszystkiego, co otrzymałem w szkole-internacie, do której uczęszczałem przez 16 lat - mówi Oleg Kulczy.
Dziś nadal utrzymuje relacje z matką i rodzinami starszego brata i siostry. Jeżdżą do siebie, bratanek Olega Wasiljewicza został ojcem chrzestnym jego najstarszej córki.
Tamara MARKINA,
zdjęcia Siergieja SZELEGA,
gazeta "7 dni".

ENERGIA ATOMOWA
