Projekty
Government Bodies
Flag Wtorek, 12 Maja 2026
Wszystkie wiadomości
Wszystkie wiadomości
Społeczeństwo
26 Kwietnia 2026, 15:00

"Chciałem na swoim przykładzie pokazać, że ludzie mogą żyć na wsi godnie". Jak prawnik został wiejskim blogerem

"Dobry wieczorek wszystkim! Z wami Edward i moja rodzinna wieś Soły" – tak zaczyna się wiele postów blogera z powiatu smorgońskiego Edwarda Łukianca. Jego drugie z kolei wideo zebrało milion wyświetleń. Odwiedziliśmy go i dowiedzieliśmy się, dlaczego absolwent wydziału prawa przeprowadził się z miasta na wieś i jakie możliwości są na wsi dla tego, kto nie boi się pracy i odpowiedzialności.

"Na wsi cieszy dosłownie wszystko"


– Przyznaję się, nigdy nie lubiłem mieszkać w mieście. Od takich podróży teraz też bardzo się męczę. Wyjazd do Mińska – w ogóle katastrofa. Łatwiej jest rozładowywać wagony – przyznał się rozmówca i doprecyzował: – Zawsze ciągnęło mnie na wieś. Marzyłem o założeniu własnego gospodarstwa i mieszkaniu w domu babci, gdzie właściwie się urodziłem i wychowałem – tam minęło moje dzieciństwo. Teraz zrobiłem tak, jak planowałem...

Tak się złożyło, że nawet po przeprowadzce z rodzicami do Smorgoni, chłopiec wszystkie wakacje spędzał u babci Ludwiki Janowny. Jej posiadłość nie była może duża, ale bardzo pracochłonna i wymagająca uwagi: krowa, świnki i kury. Do tego sad z ogrodem i hektary pod ziemniakami. Dlatego Ludwika Janowna od wczesnego ranka do późnego wieczora krzątała się przy gospodarstwie. Na początku młody Edward nie był jakimś wielkim pomocnikiem. Ale gdy podrósł, babcia coraz częściej wydawała mu kolejne "zlecenia": "Pomóż, wnusiu, przebrać ziemniaki", "A może nakarmiłbyś kurki?" itd. Prośby babci nie były dla wnuka ciężarem. Kochał ją, podobnie jak prosty wiejski tryb życia i niespieszną wiejską codzienność. Chociaż, oczywiście, marzył o spędzaniu więcej czasu z rówieśnikami, na zabawy z którymi również znajdował się czas. Można powiedzieć, że podstawa do powrotu na wieś u naszego bohatera, który ukończył Grodzieński Uniwersytet Państwowy im. Janki Kupały i całkiem mógłby zostać chociażby prokuratorem, sędzią czy adwokatem, została założona niemal na poziomie genetycznym.

Małżonka Edwarda Ałona wspomina, jak jej mąż początkowo jeździł do Soły sam. Rozumiała, że bardzo ciągnęło go do korzeni – do romantyki wiejskiej codzienności. Potem zaczęli przyjeżdżać tam całą rodziną: mama, tata i dwoje dzieci – starsza córka Julia i syn Kiriłł. Wkrótce małżonkowie Łukianiec w ogóle przeprowadzili się do Soły na stałe – całą rodziną. I zamieszkali w domu babci.

Dziś u państwa Łukianiec jest już troje dzieci. Najmłodsza Ewa urodziła się na wsi. Edwardowi Wiktorowiczowi udało się wzbudzić miłość do małej ojczyzny nie tylko w duszy żony, ale i w duszy dzieci. Z życia w Sołach zachwyceni są wszyscy.

– Mnie, osobę, która nie lubi wielkiego miasta, na wsi cieszy dosłownie wszystko. Weźmy początek dnia. Rano z filiżanką kawy schodzę z ganku na podwórze – odetchnąć świeżym powietrzem, porozmawiać z psem, pobiegać z nim. Czy możecie sobie wyobrazić ten stan duszy, którego wtedy doświadczam? – wykrzykuje bloger Edward Łukianiec, przyznając się, że już od pierwszych dni powrotu na wieś nie wyobrażał sobie swojego gospodarstwa bez jakichkolwiek różnych stworzeń. Zaproponował więc małżonce, by kupić dwoje uroczych wietnamskich świnek i kilka kurek. Zgodziła się. Chociaż początkowo do pomysłu Edwarda Wiktorowicza, by poświęcić życie rolnictwu, odniosła się ostrożnie: a może zmieni zdanie? Wkrótce małżonkowie przeszli od wietnamskich świnek do tradycyjnych – dużych ras świń. Kupili krowę, potem – drugą. Tak stopniowo chłopskie gospodarstwo rolne dla państwa Łukianiec stało się wyborem decydującym o losie.

– Oczywiście, na początku było ciężko, i teraz też nie jest łatwo – przyznaje bloger. – Zrozumieją mnie ci, którzy znają rolnictwo nie z opowiadań, a także to, że bywają momenty, gdy nie jesteś w najlepszej formie i nastroju, ale istnieje słowo "trzeba". I idziesz i robisz wszystko, co wymagane.

Dzień roboczy Edwarda Wiktorowicza i Alony Anatoljewny, jak wszystkich mieszkańców wsi, zaczyna się wcześnie.

– O szóstej rano już na nogach. Do domu wracam o wpół do dziesiątej wieczorem, po wieczornym doju – opowiada rozmówca.

"Niemało dobrych rad od naukowców otrzymałem"

Nie mogliśmy nie zapytać małżonków: jak do przeprowadzki na wieś odnieśli się przyjaciele, znajomi? Czy nie ostrzegali, że praca na ziemi to często ryzykowna, nieprzewidywalna sprawa?

– Oczywiście, rolnictwo to ciąg ryzyk. Nie wiadomo, jaka będzie pogoda i plon, ile ta czy inna krowa da mleka, jaki będzie stan zdrowia pogłowia świń i bydła. Ale wiedzieliśmy o tym sami – zgadza się Edward Wiktorowicz. – Tak, ktoś mnie potępiał i nadal to robi – od tego nie uciekniesz. Jak mówi przysłowie, każdemu nie zamkniesz ust... Ale większość tych, z którymi rozmawiamy, wspiera nasz wybór, czyli odnosi się do mnie i Alony dobrze, ze zrozumieniem.

Co ciekawe, bloger przyznał, że uczył się prowadzić gospodarstwo, korzystając z doświadczenia profesjonalistów – weterynarzy, zootechników, agronomów, którzy zawsze byli gotowi pomóc początkującemu rolnikowi słowem i czynem.

– Niemało dobrych rad od nich, a także od naukowców otrzymałem w mediach społecznościowych. Często podpowiadają, gdy pojawi się jakiś problem z dziedziny zootechniki, weterynarii. Czyli otrzymać dobrą radę to nie problem: byłoby pragnienie zorganizowania udanego gospodarstwa – twierdzi rozmówca.

Od publiczności z TikToka on sam też nie ukrywa, jak prowadzi swoje małe przedsięwzięcie, dzieli się przepisami na mięsne delikatesy z wieprzowiny. Oto na przykład przepis na przygotowanie jego farmerskiego smalcu suchego peklowania:

– Biorę domowy smalec wędzony słomą, pekluję go według przepisu dziadka i babci. Potem zawijam w płótno i składam do drewnianej skrzyni. Tam produkt dojrzewa. W efekcie smalec wychodzi taki, jaki być powinien – dosłownie rozpływa się w ustach!

Co ciekawe, w kwestii przepisów Edwardowi Wiktorowiczowi pomagają także jego koledzy – blogerzy. Na przykład ich pomysł na użycie marynowanych pomidorów przy przygotowywaniu szaszłyków okazał się po prostu na piątkę!

– Tak zamarynowane szaszłyki wychodzą po prostu wyborne! – przyznaje Edward Łukianiec i doprecyzowuje: – A propos, to danie według nowej receptury docenili już nasi klienci.

Tak, handel idzie pomyślnie. Produkty rolne, według Edwarda Wiktorowicza, rozchodzą się natychmiast:

– Bo smalec i mięsne delikatesy robimy z własnego surowca.

Jeśli chodzi o mleko od 12 krów, które znajdują się w nowym, drugim gospodarstwie we wsi Bieluny, to Łukiańcy oddają je do "Smorgońskich Produktów Mlecznych" filii spółki "Lidzki Kombinat Mleczno-Konserwowy".

Za jedną bazową – domek letniskowy lub platforma startowa dla gospodarstwa

Nawiasem mówiąc, wieś Bieluny przypadła małżonkom do gustu z kilku powodów.

– Bardzo spodobała nam się ta cicha, dobra miejscowość – i kupiliśmy tam dom za jedną bazową! – opowiada o drugiej przemysłowo-rekreacyjnej platformie rodziny Edward Wiktorowicz, doprecyzowując przy tym, że do domu dołączona była jeszcze działka ziemi.

Później rolnik otrzymał w dzierżawę kolejne 5 ha – na wypas krów.

– To, że państwo daje możliwość wykupu pustostanów za symboliczną opłatą, to bardzo duży plus. Tak, przy minimalnym wkładzie środków w remont, jest możliwość wykorzystania ich jako domku letniskowego lub platformy startowej do zorganizowania gospodarstwa – tak jak my zrobiliśmy.

W Bielunach małżonkowie Łukianiec utrzymują swoje krowy – karmią, poją, doją je dwa razy dziennie. Kwestię mleczną małżonkowie zamierzają rozwijać dalej.

– Ponieważ kupienie dobrej krowy na boku jest problematyczne, i drogie, a nasze krowy są wysoko wydajne, zdrowe, więc będziemy zostawiać rodzące się od nich jałówki. Uważam, że taka droga wzrostu gospodarczego jest najrozsądniejsza – przekonany jest rozmówca.

Co ciekawe, zakupiony dom w Bielunach chcąc nie chcąc stał się miejscem twórczej inspiracji naszego bohatera. Tutaj już zorganizowano strefę wypoczynku – z sauną i innymi uroczymi elementami wiejskiego życia.

– W tym sezonie urządziliśmy jeden z pokoi – mówi Edward Wiktorowicz, który pomysł stylizacji wnętrza zresztą zaczerpnął od jednego z blogerów w internecie, który opowiedział, jak ozdobić mieszkanie, używając niedrogiej deski nieobrzynanej. – Na korzyść takiego pomysłu przemawia skromny budżet projektu. Wyszło pięknie, tanio i solidnie – taki wystrój posłuży jeszcze i naszym dzieciom.

Drugie nagranie – 1 mln wyświetleń

Zapytaliśmy bohatera naszego projektu, dlaczego nagle został blogerem.

– Należę do tych, którzy wolą mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu, dlatego chciałem pokazać na swoim przykładzie, że ludzie mogą mieszkać na wsi, godnie pracując, w granicach prawa, i przy tym nie odczuwając żadnych braków. Aby wykonać to proste zadanie, nagrywałem na wideo swoją oborę, gdzie hodujemy nasze świnki, pokazywałem, jak rośnie jedno stado, potem na jego miejsce przychodzi nowe. To znaczy z "mięsa i smalcu", które hodujemy, w rezultacie otrzymujemy domowy, naturalny, smaczny produkt.

Już drugie nagranie Edwarda Wiktorowicza, w którym pokazał, jak działa jego wędzarnia, zebrało 1 mln wyświetleń.

– Było wiele pozytywnych opinii, pojawiła się możliwość nowych, wartościowych znajomości online. Cieszę się, że mój blog okazał się komuś pomocny, tak jak zresztą i mnie samemu. Zyskałem wielu dobrych, sensownych znajomych, którzy zajmują się pracą podobną do mojej. Jestem w stu procentach pewien, że korzyści ze zwykłej ludzkiej komunikacji, w tym w sieci, jest o wiele więcej niż z niepopartej argumentami krytyki hejterów. Tak-tak, otrzymałem także niemało negatywnych komentarzy – mówi bloger. – Przyznaję, trochę mnie to spowolniło, ale gdy przyjrzałem się bliżej, nie zmartwiłem się i przypomniałem sobie radę jednego znajomego blogera, który mawiał: "No, jeśli nie podoba ci się jakiś kanał, przecież nie rozbijasz telewizora i nie idziesz do sklepu kupić nowego?" Chciałbym powiedzieć moim hejterom: "Chłopaki, bądźcie milsi! Jeśli nie podoba wam się to, o czym opowiadam, po prostu przewińcie stronkę!" Blogerom, którzy dzielą się doświadczeniami w różnych dziedzinach, poradziłbym, aby nie zwracali uwagi na negatywne opinie. W ten sposób pomogą innym rozwijać się – w kierunku dla nich właściwym.

"Nasze dzieci nie kręcą nosem na trudności i zapachy"

Sukces każdego przedsięwzięcia, zwłaszcza tego związanego z gospodarstwem rolnym, zależy od każdego członka rodziny. Tę prostą prawdę Edward Wiktorowicz i Alona Anatoljewna wpoili swoim dzieciom. W rezultacie przy pracach w gospodarstwie i w domu rodziny Łukianiec zaangażowani są wszyscy spadkobiercy. Głównym pomocnikiem taty i mamy jest tak naprawdę czternastoletni syn Kiriłł, starsza Julia pomaga tylko podczas wakacji – studiuje na Witebskim Państwowym Uniwersytecie Medycznym na farmaceutę.

– Nasze dzieci nie kręcą nosem na trudności i zapachy towarzyszące hodowli bydła mlecznego i mięsnego oraz innym pracom na wsi – mówi głowa rodziny, który tuż dodaje, że zainteresowanie syna rolnictwem jest nie mniejsze niż to, które w jego wieku miał on sam.

A żeby Kiriłłowi pracowało się weselej, ojciec obiecał do końca lata kupić mu właśnie tę rzecz, o której syn od dawna marzył. A cóż to będzie za upominek? Ojciec dziennikarzom nie zdradził, ale syn dobrze wie!

Jak dalej będzie z pasją do wiejskiej codzienności, rodzice nie przesądzają, ale bardzo liczą, że Kiriłł będzie nadal oparciem we wszystkich sprawach gospodarstwa, które dziś rozwija się na dwóch platformach: w Sołach i Bielunach. Dystans dla mobilnej rodziny Łukianiec nie jest przeszkodą. Mając busa, małżonkowie niedawno kupili w leasing Ładę Łargus. Edward Wiktorowicz zamierza zwiększać pogłowie krów mlecznych, robić domowe sery, wędzić je.

– Świadomość, że pracujesz na siebie i dla ludzi, daje siłę do pokonywania najpoważniejszych problemów i rozwiązywania wszelkich zadań. Najważniejsze, żeby starczyło zdrowia, żeby w kraju i na świecie był porządek i spokój – powiedział na zakończenie rozmowy nasz rozmówca.

Tamara MARKINA,
zdjęcia Siergieja SZELEGA.
 
TOP wiadomości
Świeże wiadomości z Białorusi