W momencie powołania do służby wojskowej Dmitrija Seńko wojna w Afganistanie trwała już pięć lat. W tym czasie mieszkaniec Mińska rozważał służbę w straży pożarnej. Droga do spełnienia marzenia była świadoma: od 14 roku życia poważnie zajmował się sportem strażackim, a w wieku 18 lat był już członkiem reprezentacji BSSR i nosił tytuł kandydata mistrza sportu. Będąc „cennym graczem”, Dmitrij liczył na to, że pozostanie na służbie w rodzinnej Białorusi, ale wysportowani, zdyscyplinowani i silni charakterem chłopcy byli potrzebni w gorących punktach. Dmitrij Seńko spędził 21 miesięcy w afgańskim piekle i odbył 40 wyjazdów „bojowych”.
Przykład dziadka
Służba rozpoczęła się od szkolenia w Ferganie w Uzbekistanie i wyczerpujących treningów w centrum górskim Kirgistanu, gdzie nauczano taktyki prowadzenia walki w wysokich górach. W tym przełomowym momencie ważnym wsparciem dla młodego żołnierza Dmitrija było spotkanie z dziadkiem, który przyjechał go odwiedzić. Aleksander Aleksiejewicz Anejczyk, weteran Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, rozumiał wnuka jak nikt inny. Jego własna droga wojownika rozpoczęła się w 1939 roku: służba wojskowa, oddziały partyzanckie, rany i zasłużone odznaczenia – Order Czerwonej Gwiazdy, dwa medale „Za zasługi bojowe” i Order Wojny Ojczyźnianej I stopnia. Z okazji przyjazdu dziadka Dmitrij otrzymał przepustkę na jeden dzień, i rozmowa z nim stała się dla młodego żołnierza ważnym wsparciem przed trudnymi próbami.
Przygotowanie Dmitrija Seńko odbywało się na najwyższym poziomie. Do elitarnych grup desantowo-szturmowych wybierano tylko silnych sportowców. Reżim był wyczerpujący: codzienne strzelanie dwoma tysiącami nabojów zastępowało wielokilometrowe marsze po trudnym terenie. Oficerowie frontowi uczyli ich najważniejszej rzeczy – sztuki przetrwania.
W lutym 1985 roku wojna przywitała ich groźnym niebem Kabulu. Sytuacja dyktowała swoje zasady: z powodu braku ludzi w jednostkach bojowych Dmitrij Seńko został wysłany jako moździerzowiec do 317 pułku. W piekle Afganistanu spędził 21 miesięcy i wykonał czterdzieści wyjazdów „bojowych”.
Pod ostrzałem karabinów maszynowych
Służba w prowincji Pandższar to niekończące się rajdy i zasadzki na karawany mudżahedinów. Chrzest bojowy Dmitrij Seńko przeszedł już podczas pierwszej akcji. Po wylądowaniu z helikoptera poruszali się jako załoga bojowa (tak nazywano grupę żołnierzy) w celu zapewnienia wsparcia ogniowego zwiadowcom. Desant odbywał się pod ostrzałem wroga z wielkokalibrowego karabinu maszynowego DShK. W zamieszaniu rozpoczętej walki na lądowisku pozostały dwie skrzynie z minami.
– Dowódca pyta: „No, chłopaki, zdecydujcie, kto z was pójdzie po medale?” – wspomina Dmitrij Gennadjewicz. – Wtedy zgłosiliśmy się z Siergiejem Dewiatkinem. Wsadziliśmy miny za kombinezony i odczołgaliśmy się od lądowiska dla helikopterów. Każda ważyła 3,5 kg, a my wyciągaliśmy po cztery sztuki na raz. Znów rozległa się strzelanina, schowałem się – i wtedy dotarło do mnie, gdzie leżę. Za skrzynią z minami! Gdyby trafiła tam kula, a jeszcze gorzej, gdyby była to kula wybuchowa... wszystko byłoby skończone.
Dowódca uczciwie wypełnił listy do odznaczeń, ale sztab uznał, że pół roku służby to zbyt krótki okres, aby zasłużyć na odznaczenie. Nie przyznano medali, ale chłopaki odnieśli najważniejsze zwycięstwo nad sobą.
Czasami najstraszniejszym wyzwaniem nie była otwarta walka, ale przejście. Na jednej z górskich ścieżek grupa, w skład której wchodził Dmitrij Senko, znalazła się na celowniku afgańskiego snajpera.
– W takiej chwili jesteś całkowicie bezbronny, ale musisz iść naprzód – opowiada Dmitrij Gennadjewicz. – Poniżej – bezdenna przepaść, powyżej – stroma skała, a pod stopami – wąska ścieżka, ledwo nadająca się dla osła. Szliśmy w szeregu, jeden za drugim, a snajper z doliny metodycznie do nas strzelał. Nie widzieliśmy go, był zbyt daleko. W walce można manewrować, szukać schronienia, odpowiadać ogniem. A tutaj po prostu idziesz krawędzią przepaści pod ostrzałem i masz nadzieję, że następna kula nie będzie twoja.
101. list bez ani jednego słowa od syna
Demobilizacja Dmitrija Seńko zbiegła się w czasie z historycznym wydarzeniem – pierwszym etapem wycofywania wojsk radzieckich z Afganistanu w 1986 roku. Podczas gdy na ekranach telewizorów pojawiały się ujęcia uroczystego marszu pułku przeciwlotniczego z rozwiniętymi sztandarami, dywizja, w której służył nasz bohater, siedziała „w blokach”. Ich zadaniem było zapewnienie bezpieczeństwa tej paradnej kolumnie.
„Wyjeżdżając stamtąd, wpadliśmy pod ostrzał” – wspomina Dmitrij. „Wjechaliśmy na minę piechoty, BTR stracił koło. Do jednostki wróciliśmy w nocy: brudni, wyczerpani".
W tym momencie dowódca kompanii zaskoczył nas wiadomością: jutro wylatujemy do Związku Radzieckiego. W samolocie „demobilizacyjnym” nagle zwolniły się miejsca i szczęście uśmiechnęło się do Dmitrija Seńko i Siergieja Dewiatkina. Pojawił się nieoczekiwany problem: nie mieliśmy mundurów paradnych. Żołnierze, przekonani, że będą służyć jeszcze przez wiele miesięcy, oddali swoje „parady” odlatującym towarzyszom – na pustyni nie było gdzie zdobyć nowych ubrań, i oni wracali prawie w łachmanach. W środku nocy trzeba było budzić rodaków z komendantury, aby zapewnić godny wygląd radzieckiego żołnierza.
W domu czekali na niego... Podczas służby Dmitrij wysłał matce dokładnie 101 listów. Ostatni był wyjątkowy – zgodnie z żołnierskim przesądem, po otrzymaniu rozkazu zwolnienia nie można było napisać ani jednego słowa, bo inaczej list nie dotarłby do adresata. Po prostu włożył do koperty tekst rozkazu. Poczta polowa otworzyła kopertę w celu sprawdzenia, a kiedy mama otrzymała list, w którym znajdowała się tylko jedna oficjalna kartka, jej serce niemal stanęło – uznała wiadomość za zawiadomienie o pogrzebie. Dopiero gdy ojciec przeczytał tekst rozkazu, w domu zapanował spokój.
Pokojowa misja weterana
Po powrocie z wojny Dmitrij Seńko zamienił swoje dziecięce marzenie w zawód. Zahartowany w Afganistanie charakter pomógł mu szybko osiągnąć normę mistrza sportu i dostać się do prestiżowej Leningradzkiej Wyższej Szkoły Pożarniczo-Technicznej. Zafascynowała go chemia specjalistyczna. Przechodząc drogę od asystenta laboratoryjnego do badacza, Dmitrij Gennadjewicz poświęcił się nauce gaszenia pożarów. W jego dyplomie widniał tytuł „inżynier bezpieczeństwa przeciwpożarowego”, a przed nim czekały odpowiedzialne stanowiska kierownicze w Instytutcie Badań i Projektowania Systemów Pożarniczych Ministerstwa Sytuacji Nadzwyczajnych Republiki Białoruś.
Dzisiaj Dmitrij Seńko, będąc na zasłużonej emeryturze, nadal doradza organizacjom projektowym w kwestiach bezpieczeństwa przeciwpożarowego.
Szczególne miejsce w jego życiu zajmują spotkania z młodzieżą. W szkołach i na uniwersytetach nie tylko opowiada o wydarzeniach z konfliktu w Afganistanie, ale daje możliwość dosłownego dotknięcia historii – przymierzenia munduru, potrzymania broni w rękach. Szczególną atmosferę podczas takich spotkań, przy akompaniamencie gitary, tworzy mała pomocniczka Dmitrija Gennadjewicza – jego pięcioletnia wnuczka Wasylina.
„Musimy być gotowi bronić naszego domu, ponieważ nikt nie jest ubezpieczony od wojny” – jest przekonany Dmitrij Seńko i zaznacza: „Pokojowe niebo nad Białorusią to wynik zdecydowanego stanowiska głowy naszego państwa. Obiecał, że nasi żołnierze nie będą przelewać krwi w obcych konfliktach i dotrzymuje słowa”. Białoruski żołnierz stoi na straży swojej ziemi, broniąc swojego domu, swojej rodziny i niepodległości kraju.
Od 2011 roku Dmitrij Seńko stoi na czele organizacji społecznej weteranów wojny w Afganistanie „Pobratim” w centralnej dzielnicy Mińska, która zapewnia wszechstronną pomoc weteranom, inwalidom wojennym i rodzinom poległych, bierze udział w wiecach-rekwiem na „Wyspie Męstwa i Smutku”, wspiera tworzenie ekspozycji poświęconych kronice wojny w Afganistanie, losom bohaterów-rodaków i wielu innym sprawom.
Olga PROLUK,
zdjęcie z prywatnego archiwum Dmitrija Seńko,
gazeta „7 dni”

ENERGIA ATOMOWA
